Mój ty,

Dodano 18 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

mój ty …mówisz ,że mój przyjaciel nic o mnie nie wie ?, mówisz ,że mój dobry znajomy z którym codziennie prawimy na wiele tematów nie ma o mnie pojęcia ?. Mówisz że to stało się wczoraj a dzisiaj już jest dawno pozamiatane i posprzątane i możemy tylko wspominać ? Mówisz ,że Chrystus ot umarł sobie, ot jak kończy się serial i po nim nic nie ma poza wspomnieniem ?. Jestem najpierw Jego, twoją dużo dużo później i nie dlatego bym nie żywiła do ciebie żadnych uczuć. To czysty interes. On nigdy mnie nie zawiódł a ty bardzo powoli zaczynasz sobie przypominać że nie zażyłam pigułki na zabijanie. Przestałam pić kawę żeby malutkiemu krzywdy nie zrobić. Wczoraj siedziałam na ławce z panem reżyserem , sławnym. Ze złością wyłączył telefon i błagalnymi oczyma poprosił bym się nie odzywała a ja się tylko uśmiechnęłam. Wzięłam go za rękę i zabrałam na spacer po wiosennym sadzie kwitnącym drzewami.
-Myślałeś że zażyłam pigułkę ? na prawdę ? Tak mało mnie znasz ?

 

Niepewność.

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

A jeśli….
A jeśli już spytałaś, to powiem, chociaż wolałbym nie… ale tobie wolno wiedzieć i pytać, bo jesteś tą, która jest i wiedzieć ma prawo z prostej przyczyny – za bardzo pasujesz do ideału, choć on podobno nie istnieje. Nie gniewam się wcale, bo nie ma ciebie i mnie nie ma, a uczucia stają się pozorne, wtórne i nieuzasadnione. Po prostu – zdarzyłaś mi się, czego nawet Chrystus na krzyżu wiszący nie wiedział, bo zdarzyłaś mi się dwa tysiące lat później… Zaledwie dwa tysiące lat po boskim synu…
Jesteś córką…? Jesteś siostrą…? Jesteś…? Proszę – bądź moją…

 

Niepewność ciągnąca się od zbyt dawna.

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Płaczę nad samym sobą. Gdybym był dzieckiem, to powiedziałbym wprost – chcę ciebie – całej i tylko dla siebie, pełnej, otwartej i bez lęku najmniejszego, takiej, która gotowa jest oddać się bez reszty, mi i dla mnie, wiedząc, że naprzeciw deklaracja podobna tkwi chińskim murem albo grubsza o mile tchnień sumienia, które nieśmiało mówią: „Za mało wciąż. Chcę więcej, chcę więcej niż posiadasz, niż możesz ofiarować – chcę wszystkiego – świadomości, pokory, wulgarności i zuchwałości – chcę więcej niż wiesz sama, że masz w sobie – chcę twojej nieświadomości, czucia, wrażenia, słowa, i grymasu. Chcę nawet obelgi we mnie wcelowanej skutecznie, żebyś nie myślała, że to UKŁAD, – nie – absolutnie nie – TY, JA, WSZECHŚWIAT – omne trinum perfectum – dajmy sobie szansę wzajemnie – każde brakujące ogniwo sprawi, że dopiero komplet stanie się jednością – ile jesteś w stanie postawić na zielonym stoliku? Swojego życia przecież – nie wstydź się – ja też nie wiem – ale – dopóki w grze jesteśmy… stawka rośnie – twoje jutro, kontra moje wczoraj, twoje mniemanie, przeciw moim faktom – wyciągam rękę na zgodę – nie ma rozwiązań prostych – chcesz dyskutować? Masz pomysł na jutro – otwieram ramiona, tylko nie tłumacz mi jakie to trudne – łatwe problemy zjedliśmy dziećmi będąc. Nikt ideałem nie będzie zanim z Absolutem się nie spotka – dzisiaj… szukamy alibi dla nas – to jest bardzo skuteczne alibi. Tak sądzę… a Ty?

 

Spróbuj…

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Kosmos. Odmierzam garściami jak jakiś Odys, który tylko w mitologii ówczesnych bohaterem się stał z braku godniejszych, bo zrobił, osiągnął i dociekł celu pomimo. Chcesz mnie za to karać? Próbuj. Nie życzę powodzenia, bo nie należę do grona samobiczujących się mnichów, a wręcz przeciwnie – bliżej mi do hedonistów szukających rozkoszy pośród tego czasu, który został mi dany przez nie wiem kogo, na chwałę czyją i jak zakotwiczony na osi czasu. W moim kosmosie jesteś zaledwie ziarnkiem, które zdarzyć się mogło, które było nieoczywiste i żadną przepowiednią zwiastowane – żadną mi znaną. Mogłaś się wydarzyć jako następstwo rachunku prawdopodobieństwa, lub opcją w śledztwie – zbyt daleko rozciągniętą możliwością, że stało się to, czego wyznawcą stał się Sherlock Holmes – nieprawdopodobne stało się faktem, gdy wykluczy się inne nieprawdopodobieństwa. Taką, mi stałaś się wczoraj – nie opcją już, a nadzieją na odmienne jutro, którego nie poznam ani ja, ani ty – chaos, kiedy stwórca wszechrzeczy uwzględnił taką możliwość, jednak obarczył ją tak wielką niewiadomą i tak dużą liczbą zer, żeby się w ogóle wydarzyło, że lata świetlne przeliczone na kroki starszej pani nie są w stanie oddać różnicy zdarzeń, bo ich nawet na logarytmicznej nie sposób dostrzec, a przecie bardziej wykoślawionej świat chyba nie zna.
Zdarzyłaś mi się – jako niemożliwa do realizacji opcja, która jednak, wbrew wszystkiemu przekonaniu się stała i stoisz przede mną. Cud objawiony przedśmiertnie, który zdarzyć się nie miał prawa – grzmią wszystkie autorytety, a ja pluję na nie, bo stało się niepojęte – jesteś. Tu, teraz, dla mnie, tak, jak ja dla Ciebie i z każdą chwilą bardziej, pełniej i mocniej to czuję. Jesteś, wymykając się gusłom i pytyjskim zapowiedziom, ponad życie Cagliostra, a może tuż obok – zbyt mikra, żeby wspomniał o tobie. Zbyt zwiewna, żeby przetrwać w słowach śmiertelnych, zniekształcających, deprecjonujących wartości wszelkie i ciebie jako istotę – możliwą, choć niekonieczną, nie zobowiązaną nawet cieniem przypuszczenia, że mogłabyś objawić się w życiorysie osoby mikrej, podłej i beznadziejnie nieudanej – ot! Wybryk natury, który obok geniuszy miary da’Vinci, Siddharthy, Newtona żyć mogły i powinny bez końca – powiedz mi dzisiaj… Potrafisz żyć? Sobą, dla siebie , wsobnie? Ja …. Nie… Nie potrafię, nie istnieję bez Ciebie wcale. Jestem zaledwie nawozem, który ziemię użyźni, żeby przyszłe drzewo miało czelność powiedzieć, że ze mnie też wypiło soki, lecz kim jestem? Nikim pośród miliardów stworzeń, pośród kosmosu zdarzeń. Być może nawet zdarzyłem się tobie na chwilę – dla świata jestem wyłącznie próchnem użyźniającym ziemię – jak każde śmiertelne życie. Kosmos wygra z tobą też – spróbuj zaprzeczyć… nie do mnie – światu, co więcej pamięta, niż mądrość pamięci ludu…

 

Księżniczko.

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Chyba dziś się zaraz tutaj przewrócę i umrę w jednej chwili. –Królewną jesteś?- Smutną do tego ?- Przytulić pocieszyć, pomóc w drobnych domowych pracach ?- Może bucika bidulce zawiązać ? Dziecko, kobieta, odpowiedzialność, konieczność, obowiązki a ty jesteś królewną. Myślałam ,że idziemy w dobrym kierunku ale moja naiwność jest nazbyt duża. –Może powinnam zaprosić na rozmowę twojego kolegę z podstawówki albo ciotkę z jakiegoś grajdołu a może powinnam z nadzieją na twoje się naprawienie udać do podstawowej organizacji partyjnej lub zastępowego bo proboszcz pewnie podobne ma dylematy ? Nie mam nawet czasu by wyartykułować swoje postulaty w sposób kobiecie przynależny z motylkami wstążeczkami, kolorami i zapachami bo zajmuję się tobą chociaż z tego co słuchałam w opowieściach, wiesz jak być powinno.

 

Cokolwiek, co ładne jest…

Dodano 15 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Przyszłaś do mnie nocą. Zimną, listopadową i przepoconą już oddechem zimy, który szronem nocnym, cichym usiąść na rzęsach potrafił i tylko w zakamarki pościeli nie zaglądał, bo przecież szron i puchowa pierzyna… nic, że obok nie było ciebie, że przyszłaś dopiero, jednak wiesz dobrze, że szron stracił całą swoją pyszną odwagę, kiedy zobaczył ową pierzynę, pod którą miejsce jest dla mnie i dla ciebie, bo to miejsce dla dwojga wyłącznie i szron może zaledwie rumieńcem pokryć – siebie, lub nas – dowolnie, ale przyjść tu nie może bezkarnie – nie, dopóki choć jedno z nas jest i okien przypilnuje, żeby zima beztrosko nie weszła do środka i nie roztopiła się pod pierzyną dla dwojga.
Przyszłaś do mnie smutna, jak zeschły liść, którego nikt podnieść nie chciał i w bukiet zapleść wraz z innymi, więc leży pokornie, oddając duszę w świata zakamarku i szemrze zeschnięte tęsknoty czekając na deszcz, który być może jeszcze na chwilę przywróci mu sprężystość, lecz już tylko udawaną, oszukaną i na mgnienie powiek zaledwie, a nie na długie miesiące. Przyszłaś do mnie smutna, w za długim płaszczu sześć razy łatanym twardą, grubą dratwą, żeby wytrzymał jeszcze choć tegoroczny listopad, i nie pozwolił wiatrom porannym dotykać twojej skóry zbyt odważnie. Stałaś bosa, bo buty pod ścianą zostawiłaś, żeby odtajały, a ty cichutko, na paluszkach, podeszłaś do łóżka i do mnie w nim zaplątanego, śpiącego sny samotne i niecierpliwe. Stałaś nade mną, żeby mi nie przeszkadzać i czekałaś, aż uśmiech rozpoznania spłynie mi na wargi i zaproszę cię do środka. Stałaś bosa i chłód wspinał się po twoich stopach i łydki objął już chwytem zbyt mocnym dla takiej kruchej istoty, więc płaszcz rozpięłaś zbyt wolno, zbyt cicho i dyskretnie, żebym miał prawo się obudzić – nawet na drugi bok się nie obróciłem, kiedy płaszcz popłynął na dywanu akwen, a ty stałaś wpół naga, zziębnięta i z nosem czerwonym od mokrego poranka, a w oczach łzy dwie skostniałe, które oderwać się od oczu nie umiały. Stałaś cichsza od snu anioła, od wspomnienia szeptu intymnego i patrzyłaś na mnie wzrokiem wielkim i pełnym oczekiwania. Nie spodziewałem się ciebie wcale, ale kiedy chłód twoich dłoni dotknął moich zmysłów popatrzyłem na ciebie przedzierając się przez senne mgławice, a ty usiadłaś po turecku przede mną i patrząc mi w oczy poprosiłaś szeptem:
Opowiedz… Cokolwiek, co ładne jest…*

Trudne – bo we mnie dziś smutek mieszka
Szyty grubymi nićmi na wymiar mojej osoby
Długim płaszczem przykrył
Ktoś mi dziś powiedział że jestem królewną
Uśmiech pobłażliwy budząc
Opowiedz mi więc bajkę
Może w nią uwierzę

 

Namiętność.

Dodano 15 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Obudził się w tobie człowiek. Wściekły, niezadowolony ,protestujący, kwestionujący ale nade wszystko człowiek. Z krwi , kości ,ciała a co najważniejsze z połączeniami nerwowymi które udało mi się poruszyć. Nie do końca jestem pewna , jeszcze, czy to ja je poruszyłam czy zrobiłeś to na swój własny użytek ale mamy czas.Dowiem się . Na wiele rzeczy mamy czas nim zaczną się noce, dni , już nie dla nas tylko a może dla nas wcale. Człowiek jakiego pamiętam , do jakiego się wprowadziłam. Nie wiem czy zrobiłam to po ślubie czy jednak połączyło nas coś więcej niźli tylko namiętność bo przecież musiała być namiętność- prawda ? Opowiadałeś mi jakieś piękne historie czy wystarczył zestaw typowych opowiastek ulicznych ?

 

Spowiedź cynika.

Dodano 14 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nie mówię – wszystkiego nie mówię nikomu, nawet tobie wolę szczegółów nie zdradzać i wiem, że robisz tak samo. Nikt na świecie nie mówi wszystkiego, a jeśli zostanie zmuszony do ujawnienia choć części, to wstyd i łzy. Bo ludzie to są skurwysyny, bez względu na wiek, płeć i pochodzenie. Nie ma nacji wolnej od tego zwierzęcego egoizmu, od egocentryzmu i tylko pozory zafundowane nam przez nadmierne posiadanie sprawiają, że umiemy trzymać kły poza wargami nawet bez kagańca, w imię polityki, z wyrafinowania, knujemy ciągi dalsze, żeby dobrać się nie tylko do żył, ale też do sumień i wnętrzności nieświadomych dawców, żeby wypreparować wolę i sumienia i uczynić z nich bałwochwalczych niewolników.
Dlatego nie wierzę nikomu i w nic. Nie wierzę w żadne słowo. Stać mnie może, żeby uwierzyć w oddech topielca niedoszłego, albo odgłos skrętu kiszek, kiedy ktoś zbyt długo uśmiechał się do świata, że nie trzeba, bo dobrze sobie radzi. Gówno prawda – nawet to słowo jadem jest porośnięte tak bardzo, że nie wierzę nikomu. Chodzę pośród żebraków, którzy niczym kameleony zamieniają się w książątka udzielne, kiedy tylko słońce upadnie w popioły za lasem, chodzę pośród szacownych dziwek, które cnotę sprzedały piętnaście razy każdego dnia od tak dawna, że zapomniały już całkiem kiedy po raz pierwszy. Nie wierzę w czyste uczucia, ani nawet te udawane, kiedy portfel zbyt gruby – szczerość pojawia się dopiero przy odpadkach z baru mlecznego, gdy stanie trzech, nieogolonych, śmierdzących kwaśnym potem i ostrą wonią moczu zastygniętego w materiale spodni podartych, które barwę ziemi mieć muszą, bo innej nie sposób wymyślić nawet i zacznie walczyć lub negocjować o pierwszą łyżkę pomyj.
Gadaj co chcesz, lamentuj i wzywaj wszelkie bóstwa na potwierdzenie własnej wartości – jesteś obca. Nie moja i nie dla mnie. Udawałaś, że możemy coś więcej niż obok, ale już widzisz, że to było tylko kolejne kłamstwo. I usiłujesz, potrzebujesz obarczyć mnie winą, albo zasługą – za ciebie i twój lichy żywot. A ja mam to w dupie, bo widzę jak patrzysz fałszywym okiem i knujesz, kombinujesz, usiłujesz, a jeśli to będzie mało, to co? Rozpłaczesz się? Za Rejtana wobec obcych robić będziesz? Poszukasz współczucia wśród bardziej ułomnych? Tych, którymi dzisiaj gardzisz? Pójdziesz pośród naiwnych i skamlaniem jałmużnę z biedaków wyciśniesz, zupełnie tak, jak wyciskałaś banknoty z bogatych i nasienie ze starczych jąder? Jeszcze wczoraj byłaś największym pyszałkiem na świecie, a dzisiaj co? Przyszłaś udawać do mnie? Wydaje ci się, że ja też? Że pamięć straciłem i obrazki sprzed miesięcy, czy tygodni wydadzą mi się iluzją?
Powiem ci, skoro nalegasz – zły adres księżniczko – posłucham, owszem, nawet z ciekawością, ale tylko po to, żeby obedrzeć te twoje mrzonki z fałszu. Obedrzeć, i powiedzieć tobie słowa, które ty mówisz już niepotrzebnym tobie ludziom – won! Patrzyłem, jak to mówisz – nieraz widziałem, jak ludzie smagnięci twoimi słowami purpurowieli, jak się garbili i uciekali w popłochu, a kiedy trafił się odważniejszy, toś go smagała słowami tak uporczywie, aż go mundurowi zakuli w dyby i obarczyli wszelakim złem tego świata – o tobie jednakże zapomnieli… Ja nie. I nie zapomnę. Stanę w zaułku, w zaścianku jakimś i poprzez lustro telewizyjnego odbiornika plunę ci w twarz ołowiem. Nakarmię cię twoją nienawiścią, aż po wzdęcie pełne, napiętnuję publicznie słowem – tym, którego wolałabyś uniknąć, bo jest prawdziwym. Nie wierzę, że chcesz, abym je powiedział głośno – ty wiesz i ja wiem – niech tak zostanie… do czasu… I nie kuś mnie więcej, bo zbyt wiele kosztuje mnie trzymanie języka za zębami. Zrób to dla siebie – nie dla mnie.

 

Ojciec.

Dodano 14 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Byłam u ginekologa . Zrobił mi wszystkie badania. Usg itd. Opowiadał dużo o dziecku. Zapytał o ojca. -odpowiedziałam ,że też bardzo dużo potrafi opowiadać. Zapytał czy mogę na niego liczyć…odpowiedziałam ,że tak, mogę liczyć zdania w których jest ideałem nie do zastąpienia.

 

Nie bój się zwiędłych liści.

Dodano 12 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Poszedłem do parku, zanim zima tam zajrzy. Bo to już listopad, a skoro tak, to słońce już tylko świeci, ale nie grzeje, jeśli w ogóle się pojawi, co z kolei oczywiste nie jest wcale. Minąłem jakieś dzieci spięte w grupę parami idącą, szurającą malutkimi nóżkami w kaloszach. Wszystkie były w kaloszach i chyba też do parku szły, bo już po drodze wszystkie szur-szur – nóżkami w powódź liści własną radość wplatały. A liście rozmaite – żółte, brązowe, czerwienią splamione. Wyprzedziłem je nie przeszkadzając w zabawie szeleszczącej, roześmianej, zostawiającej na kilwaterze wycieczki pęknięcie nabrzmiałe asfaltem niczym czarny jęzor w lodowej skorupie po przejściu lodołamacza. Wiatr aż westchnął ile pracy mieć będzie, żeby znowu liście ugłaskać w dywan po przejściu tej watahy nieposkromionej. Szedłem, mijałem skrzyżowania i mosty, mijałem sklepy otwarte bądź nie, jakieś bary, kioski i sam już nie wiem co jeszcze, bo wpatrzony byłem w cmentarz nagich ramion parkowych drzew, które modliły się pośród niskich chmur do słońca o bardziej zdecydowaną postawę – niechby już nawet zniknęło, a drzewa spać pójdą, na sen zimowy i odpoczynek – przecież już obrodziły, już się nasienie wylało i zapłodniło ziemię.
Doszedłem w parkowe przestrzenie, które kożuchem liści mnie oszołomiło. Gęstym, grubym, pachnącym wilgocią i słońcem, a wiatr niespiesznie rozsnuwał te liście po trawie i suszyć je chciał, bo z mokrymi szarpał się bardzo. Usiadłem na ławce otulony w nieskończoność tych liści, niczym ziarnami piasku na plaży. Siedziałem i patrzyłem na samotność przestrzeni, opuszczonej już przez ludzi. Ciszę tylko wiatr zakłócał przemykając po pustych konarach w poszukiwaniu ciepłego, rudego futerka wiewiórek i puchu zimujących tu drobnych ptaszków. Słońce zajrzało mi w twarz kilkakrotnie i chyba pytało, czy nie poszedłbym z nim, w tę stronę, z której rzeka do miasta wpływa, bo ono tam zaśnie, a mi będzie po drodze. Po cóż mam przeszkadzać drzewom spracowanym? Miałem się już zgodzić nawet i chyba słońcu głową kiwnąłem, ale tak niefortunnie, że przechodzień zgarbiony zbyt długim życiem uznał to za zaproszenie i się dosiadł do mnie. Nieładnie byłoby teraz odejść więc milczeliśmy siedząc obok siebie i patrząc na gonitwy schnących liści. Falowało całe morze dookoła w łagodnej, nieprzewidywalnej fali a wiatr podsuwał nam pod nos co bardziej wykwintne aromaty. Kiedy już się oswoiliśmy z wzajemną obecnością towarzysz zaczął mówić, cicho, jakby do siebie, jednak od czasu do czasu zerkał na mnie spod krzaczastych brwi bladoniebieskim spojrzeniem.
- liście krzywdy nikomu nie czynią, choćby ich mrowie niepoliczone było. Od młodej wiosny ciężko pracują, żeby drzewo w zdrowiu i humorze dotrwało jesieni, żeby urodziło i nakarmiło, żeby żyło dłużej niż najzdrowszy człowiek potrafi. A potem, kiedy już swoje zrobią – odchodzą po cichu, dyskretnie. Jak łatwo o nich zapomnieć, jak łatwo wziąć grabie, czy maszynę na nie napuścić i wyzbierać, wywieźć, spalić i zapomnieć, że w ogóle były. A bez nich te drzewa byłyby dzisiaj martwe, a nie tylko śpiące. Dzisiaj nikomu niepotrzebne, jak słowa wczorajsze, których wartość przeminęła, gdy spełniły swoje przeznaczenie. Nic robić nie trzeba. Wystarczy wiatr, który je wypieści, deszcze i śniegi, żeby ziemia przytuliła je do siebie i ostatnią posługą znów nakarmiła nimi drzewa. Bo one, niczym kanibale pożerać będą te liście z rozkoszą i szumem swoim pieśń chwalebną nieść będą przez długie lata. Nie bój się liści. Słów też się nie bój – one raz użyte również opadną i zwiędną, użyźnią grunt, na który sfruną, a wiatr je uprasuje, rozłoży i osuszy ze znaczenia, żeby dało się nimi poczęstować znów, kiedy przyjdzie ich pora. Zostaw za sobą, bez żalu. Słowa i liście – zużyte, ale nie bezużyteczne – pozwól im odejść, by mogły wrócić, kiedy przyjdzie ich czas. Idź już, a słowa rozrzuć pomiędzy te liście na chwałę drzew – podziękują, jak wrócisz wiosną, i oddadzą gdy będziesz ich szukać.