Wołam.

Drzwi nie chciały się zamknąć więc je na siłę dopchnąć próbowałam aż w końcu cos ustąpiło, coś pozwoliło mi odgrodzić się od świata. Za każdym spotkaniem obrywam. Z każdym wyjściem na zewnątrz coś bije mnie po rękach. Wygląda pięknie, wygląda ciekawie. Jest kolorowo i kusząco a potem palce bolą, ręce bolą i siedzę w najdalszym kącie niewysprzątanego pokoju i boje się by przez szpary w drzwiach nie przedostały się robale i nie zaczęły mnie obłazić. Wchodzić we mnie i zjadać mnie od środka. Mam odrobinę wody . Umyję się. Myję się mocno trę bardzo aż boli a te robale są coraz bliżej, głodne… pomóż , proszę pomóż… wołam ale nikt nie przychodzi.

Przez chwilę byłam w ciąży i

i było to całkiem miłe bo wiązało się z uprzejmością,delikatnością, kurtuazją. Przeszło mi przez myśl ,że skoro to takie miłe to urodzę ale ktoś zapytał, jak czuje się ojciec ? Coś odpowiedziałam ?…nie nic, nawet nie zrobiło się nieswojo bo jakie ma znaczenie kto zapładnia, ważny… sposób a może to też jest bez znaczenia ?. Napije się , wody.

Dlatego.

Lustro pokazuje tylko mnie. To inaczej niźli wczoraj ale nie oczekuje od życia ,że dni będą przewidywalne i poukładane równo na półkach. Na takiej półce, zakurzonej ,bo ja bardzo nie lubię ścierać kurzy, leżało nazwisko czas jakiś. Nazwisko nosił człowiek ale nosić nie zechciał więc zostało tylko nazwisko i opinie. Zaciekawiłam się opiniami o człowieku, którego nazwisko leżało na mojej półce. Zaciekawiłam by nie leżało na mojej półce coś niepotrzebnego. Śmieć zwyczajny. Pamiętałam, z czasów gdy nazwisko miało ciało że ciało przedstawiało muzykę w radio i dla tych których był bliżej, inaczej. Dużo dobrych słów słyszałam o przedstawiaczu muzyki i posłuchałam kilku jego radiowych wystąpień. Inaczej się słucha człowieka, po którym zostało już tylko nazwisko a inaczej człowieka z ciałem. Nie pisze nic odkrywczego… mam śliczne łydki pod kolanami to taka część nogi , bardzo jest śliczna i w lustrze prezentuje się przepięknie. Prawie tak przepięknie jak ja. Przedstawiacz muzyki nie był nikim wyjątkowym. Szkoda bo wolę stykać się z ludźmi wyjątkowymi. Dlatego gładzę się dłonią po nagim , mokrym ciele, bo wyszłam z pod kropel. Dlatego .

Na bateriach prezerwatywy.

Siedziałam długo na półce obok prezerwatyw w wielkim sklepie, przy kasie i patrzyłam na ludzi. Czasem wyciągałam prezerwatywę na naciągałam na baterie paluszki. Panowie mieli dziwne miny. Panie się śmiały. Siedziałam i patrzyłam na nich a oni chyba też na mnie. Jak jem tabletki jest mnie mniej i półka nie pęka .Jestem lżejsza, jak piórko jestem i mogę polecieć gdzie chcę i jak chcę do kogo chcę. Jak ja za tym tęskniłam.

Wzięłam ?

Oni obiecywali ,ze zostanę sama, że nikt już we mnie mieszkał nie będzie i nikt za mnie mówić nie zacznie gdy ja tego nie chcę a on mówi. Ty mówisz. Nie znam cie a jesteś . Nie istniejesz a jesteś a może to mnie tylko nie ma. Spróbuję raz jeszcze i popiję wodą. Różowe, zielone, szare. Oby nastała cisza.

Alternatywa: koło toczyć lub z kręgu się wyrwać donikąd.

Bo taki defekt już mam, że mniej nie bardzo potrafię. Jak to tak, żeby chcieć za mało? Jeśli już odwagą się wykazać, to taką himalajską, albo i większą. Marzyć trzeba duże marzenia. Nie krótkie i ciasne. Po cóż mi sieczka? Tej przecież mam kieszenie pełne i głowę. Jeśli schylać się, to niech nominał będzie wart nadwyrężenia kręgosłupa. Że dumny jestem? Pyszałek? Pięknie dziękuję. Kto w końcu powiedział, że źle jest chcieć dużo? Fałszywą skromnością mam mydlić oczy? Przed kim? Po co? Wystarcza, że kłamcom czasem się uśmiecham z przekąsem w te krzywe gęby, gdy pod słów potokiem ręce z brudów prać próbują i myślą, że nie widać. Widać. Dlatego zdecydowałem się jawnie i bezczelnie marzyć duże marzenia. A krytyką ostrzyć pazury i ryć wciąż głębsze bruzdy w korze mózgowej. On (ten mózg) ponoć to lubi. Takie hobby. Marzyć duże marzenia i śnić sny niepojęte. Gratis zupełnie, albo ze wsparciem farmakologicznym. Tym legalnie wspierającym budżet państwowy. Rozcieńczona krew żwawiej podaje i mniej się wstydzi. Buńczuczna jest i ochrypłym głosem w krzyku głębokim potrafi niewygodną tezę wygłosić bez najmniejszego uzasadnienia – poza chceniem. Racja? Czyja? Czemu służąca? Nie wypada… niech to szlag…. Nie wypada – to tak się karci dorosłe dzieci? Tak im się skrzydła przycina? Równać do nijakości? Do beznadziei? Zamiast pozwolić działać ku spełnieniu mrzonki? Niech ona będzie nie-do-pomyślenia, skandaliczna nawet, ale niech będzie. Co złego się stanie, kiedy nie uda się osiągnąć i zdechnie się w trakcie walki? Nic. Prozaiczne, standardowe nic. A jeśli się uda? Fizyką zakręcić jak lassem nad głową i postawić dzisiejsze prawdy na głowie? Kilku już się udało – przynajmniej historia ma takie mniemanie. Bez tych duszyczek drżących od niepokoju, bez tych myśli nieuprawnionych zupełnie, cóż zmienić się może? Codziennie ta sama codzienność wciąż bardziej nudna i nawet myślenie o jutrze zatoczy się obrazem do wczoraj, gdy jeszcze ludzkość po jaskiniach się chować musiała.

Demiurg poszukiwany.

Jednostka do specjalnych poruczeń. Na złe czasy wyłącznie. Bo kiedy dobrze jest, wtedy niech do psiej budy wlezie i nie przeszkadza, niech nie szwenda się pod nogami i cienia w glorię nie wnosi. Dopiero, gdy larum grają, niech się wynurzy łaskawie, okiem rzuci raz, może dwa i gotowe rozwiązanie przyniesie. Taka złota rączka, Adam Słodowy, albo MacGyver… Zaklinacz zdarzeń niezbędnych, szaman odwracający uroki, szlaban dla obcej nienawiści i generator cudów. Taki omnibus, coś jakby admirał armii aniołów stróżów z wyższym wtajemniczeniem i kompetencją bez granic. Kieszonkowy bóg niechby nawet. Trochę głupio takiego „na czarno” zatrudniać, bo gotów się zbrukać, a jak się uświni, wtedy kolejnym podejściem może być już niepełnosprawny. Wybrakowany. Skorupka bez treści, wnętrza i tego czegoś, co zwyczajność od niezwykłości oddziela. A gdybym… gdybym tak ja, ręce nad światem rozłożył niczym Kaszpirowski i odliczać zaczął? Pogmeram na strychu pamięci i zaklęcia rosyjskie odnajdę być może. I wyliczanką prostą uzdrowię i odepchnę, albo nawet odmienię i przed nosem każdemu postawię to, o czym odwagi powiedzieć nie ma wcale. Zerknąłem w lusterko… nie wyglądam… chyba się nie nadaję… deficyt wiary we własne możliwości odrobinę mnie paraliżuje, jednak po cichu, nikomu nic nie mówiąc wyciągam te swoje łapska do świata i liczyć zaczynam. Gdyby coś się zmieniło, to proszę o info, bo w zniechęceniu się pogrążam. Brak wokół nawet cienia spełnienia. Jeszcze raz… „adin”…

Rada dla samobójcy.

Wzburzona coraz bardziej ,moim ja , nieobliczalnym i niedającym się w żaden sposób kontrolować , postanowiłam samej sobie przypomnieć próbę popełnienia samobójstwa jako ostrzeżenie i poradnik, tak dla siebie jak i potencjalnych chętnych. Podejmując próbę samobójczą, trzeba zawsze brać pod uwagę potencjalne niepowodzenie owej czego oczywiście nikomu nie życzę ale z własnego doświadczenia znam i przed takowym ostrzegam. Udana próba samobójcza czyni nam usprawiedliwienie tak do ubrania, kontekstu, powodów itp. ale nieudana doprowadzi nas niechybnie do spotkania ludzi, którzy zaczną pytać dlaczego, po co, na co itd dlatego też pamiętajmy. Ubierzmy się elegancko bo może lekarz lub ratująca nas lekarka , pielęgniarka, może okazać się miłością naszego życia albo przynajmniej wartym zapamiętania bohaterem romansu. Pamiętajmy o bieliźnie ale co ważniejsze o obuwiu. Ja podjęłam próbę samobójczą w kapciach i tak też zabrała mnie karetka ale gdy wychodziłam ze szpitala, lazłam przez całe miasto bo kasy nie miałam, do domu z powrotem w tych debilnych kapciach przez co mam traumę do dzisiaj. Dziękować Opatrzności bo dostałam obowiązkowe skierowanie do psychologa , która okazała się cudowną Haliną o tak cudownych nogach, że moje problemy zdrowotne pikowały w dół przerażająco by tylko zdać się na terapię bezwzględnie konieczną z nią. Gdybym spotkała ja w szpitalu, w kapciach, żadnych szans na romans a tak… Dziękuję Opatrzności moja kochana. Pewnie wiele argumentów mam do przytoczenia ale nie chcę zanudzać więc kończę i proszę pamiętajcie, nie zawsze samobójstwo się udaje. Bywa że możemy nie mieć szczęścia i na taką ewentualność należy się przygotować.

Perfidia i prowokacja.

Szare komórki zabijam wytrwale. Nawet nie tak, że w jakimś celu, że w proteście wobec czegoś, co mnie przerosło. Nie na pohybel, ani też w imię czegokolwiek. Ot, tak. Jak ten cygan, co się powiesić dał dla towarzystwa. Wprowadzam w organizm świństwa pachnące lub nie, gorzkie i kwaśne, słodkie lub te, które kancerują mi kubki smakowe. Uśmiech udaję, albo furię. Odmienne stany świadomości – ooo… tych udawać nie muszę. Za pamięć i przeciw niej. Żadnych dogmatów. Piedestałów lub idei. Może faktycznie ludzie za dużo myślą i za mało robią? A jeśli robią, to i tak na zatracenie. Przecież to niewiele zmieni. To jak las budować od zera. Ogrodnik się nim nie nacieszy, w jego dostojeństwie żywych kości nie położy. Krótka głowa, to i zmartwień mniej. Byle do świtu. Do rogu ulicy, do szklanki jeszcze nieopróżnionej. Tymczasowość niesiona w przyszłość nieodległą. Za bezmyślność. Pogardę dla jutra, które nadejść nie musi. Za teraz, bo być raczyło. A nie musiało wcale. Tonę w bzdurach, a pływać nie umiem. Nie szkodzi. Może to i lepiej?
Myślisz, że mógłbym? Inaczej? Lepiej? Od czego lepiej? I po co? Gdy celu nie widać, rozwiązania, przystani, dokąd mam spieszyć się wtedy? Z kim sojusz zawiązać? Chyba z podobnym… Zbieżność świadomości może być okolicznością łagodzącą. Zmysły i pomysł. Rozglądam się raczej ponuro, ale skąd mam wziąć to podobieństwo, u kogo szukać, kiedy szukanie wymaga energii? Posiedzę sobie cichutko i może ta zbieżność sama mnie znajdzie. W końcu demokracja i równouprawnienie, więc czemu niby to ja miałbym być stroną poszukującą? Dlaczego właśnie ja miałbym uzurpować prawo do naznaczania? Moją osobą w cudzą świadomość się wdzierać? Może ona tego wcale nie chce? Ja być może również nie.