Na finiszu.

Dodano 20 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Rozbieram zegarek z minut, żeby szybciej dogonił chwilę przyszłą, bo wtedy dziać się ma, albo wydarzyć – opowiadać szczegółów jeszcze nie chcę – ale mi. Dziać się ma mi właśnie, więc niecierpliwie obieram ten zegarek z tych wszystkich zbędnych, zbyt młodych minut, żeby czas nadszedł ten jeden jedyny, ten właściwy i dla mnie napisany i już hurra miałem krzyknąć, już oddać się euforii, kiedy się oddałem całkiem i po kres, lecz niekoniecznie euforii. Co tu ukrywać – zdechłem po prostu. Jak świnka morska, czy chomik, jak jaszczurka niebacznie nadepnięta w skostniały poranek, gdy sił nie miała uciekać, bo ją słońce nie rozgrzało do walki o życie. Zdechłem. Jak żebrak ostatni, pod śmietnika ścianą oszczaną, gdzie w zapomnienia cieniu siedział każdego wieczora i ze szczurami uczone prowadził dysputy, aż noc mu oczy zamknęła na zawsze. I leżałby tam zapewne do dzisiaj, jak stary dywan w kąt rzucony, gdyby go służby nie posprzątały. A teraz ja leżę. Nieposprzątany. Nieżywy całkiem. Głupiec, co życie przez palce przewinął w słodkich koralików milionie zbyt wartko płynącym. Dla jednej chwili, dla mrzonki nadziei. Dla pysznej pewności, że tam gdzieś chwila dla mnie stworzona czeka niecierpliwie. Czekała. Cierpliwie czekała, to ja niecierpliwością gnany pchałem się i rwałem sekundy garściami, nie zaglądając na wartość, której siebie pozbawiam. Zdarłem tony uśmiechów mi niepoznanych, warknięć tuziny i ze trzy klątwy. Jedną zdrowaśkę, i pięć miłości. Jakiś gips, walizkę zapachów, kieliszków rzeszę i dłoń do zgody wyciągniętą. Wojnę malutką, lokalną, taką niemrawą, bo moją, w mojej głowie toczoną. Wszystko to zdarłem i te sekundy, jak płoche motyle rozfrunęły się po świecie, którego nie chciałem. Tym, z którego zrezygnowałem dla chwili jednej, która miała się stać moją wiecznością, rajem i celem. A okazała się końcem zaledwie. Nie płaczę wcale, bo się nie nauczyłem, nie skosztowałem łez, bo je zdarłem, zanim na policzkach się pojawiły. Nie umiem tak wiele. I nawet prosić mi wstyd, żeby mnie ktoś nauczył, bo przecież wyrzuciłem wszystkie sekundy, odfrunęły motylem.

 

Czekanie na Dawida.

Dodano 20 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Klęczałem już chyba ze dwie godziny. Nikt nie nadchodził nie płoszył mojego klęczenia, nie wydziwiał i nawet krzywo nie spojrzał plując gdzieś pomiędzy własne stopy, a moje kolana. I dobrze, że nie, bo przeszkadzałby bardzo. Samym milczeniem przeszkadzałby, kiedy nawet ja przeszkadzajką jestem w tym swoim patrzeniu, zaburzeniem, które Heisenberg podkreślił dosadnie zasadą, która studentów o obłęd przyprawić potrafi swoją nieoznaczonością. Klęczę, nie przeszkadzając światu, a przynajmniej tak domniemywam sobie bezczelnie, arogancko i bez najmniejszych skrupułów. Bo niby komu i w czym? Uciskam świat kolanami gdzieś poza zainteresowaniem, poza polityką, gospodarką, czy nawet plotką. Klęczę sam, i żadnych paparazzi w krzakach nie słychać, żeby pianę toczyli z ust sensacji żądnych i wrażeń tak niezwykłych, jak prześwit skóry pomiędzy skrajem spodni i koszuli, jak plama potu pod pachą bezwstydnie chełpiąca się moim w końcu feromonem, moim odciskiem palca spoconego. Żaden trzask migawki nie oślepił źrenic, nie drgnął zaskoczeniem w mięśniu naprężonym, ani słuchu nie rozstrzelał swoim krzykiem nieprzystojnym. Klęczałem, a owo klęczenie nic nie miało wspólnego z modlitwą ku czci, czy litanią żebraczą. Ono w ogóle mistycznie nie było umocowane, czy chociaż pobieżnie tylko zadzierzgnięte o symbol idealizmu. Klęczałem dobrowolnie, nie w imię ojca wszystkich ojców, nie pod gwintowanym oddechem lufy pistoletu do skroni, czy ciemienia przyłożonej, nawet nie chorobą, czy zmęczeniem rzucony na to runo, w kurz drogi nieskończonej, nie utratą nadziei, czy złudzeń ulatujących, gdy ostatnie tchnienie wydają. Klęczałem klęczeniem dziecka. Ciekawością klęczałem w tym pyle, a spodnie – cóż spodnie, kto zaprzątałby sobie głowę spodniami, które piją kurz i wilgocią malują kleksy na kratownicy materiału. Bo tu się dzieją rzeczy wielkie, choć malutkie w swoim rozmiarze. Tu, przede mną natura się dzieje i patrzę w nią zafascynowanym wzrokiem i niczym mnie stąd oderwać nie sposób. Dzieje się prawda przede mną i wobec mojego wzroku bezwstydna, karalna i ludziom zakazana. Tak – prawda zabroniona dzieje się na moich oczach, a ja zamiast przekląć i żandarmerię wzywać, żeby zaniechać, zaprzestać i przywrócić godność, to gapię się jak bezduszny potwór, jak cynik skończony o skłonnościach godnych sadysty. Patrzę, bo misterium życia i śmierci grane jest w jednym długim akcie. Bez antraktów, bez oklasków. Tylko śmierć i burczenie żołądków wielu. Śmierć pasikonika. Na żywo, choć on już martwy. Mrówki niewielkie taką wielką zdobycz dopadły i pogrzeb mu robią niespiesznie. Na porcje dzieląc, niczym prosię, co z rożna schodzi powoli na papierowych tackach, tak schodził pasikonik w czeluści mrowiska w porcjach niewielkich, a tytani mrówczy nieśli nad głową smakowite, jeszcze ciepłe ochłapy do kuchni w ciemnościach ukrytej. Klęczałem, a łzę jedyną wiatr mi osuszył, nim po policzku spłynęła, bo w końcu ja też pogrzebałem już wiele stworzeń i przez żołądka piekło je przepuściłem. A teraz uciekać mi trzeba. I to szybko uciekać, bo jeden pasikonik, to trochę za mało dla tej głodnej tłuszczy i już po kolanie się wspina pierwszy odważny, żeby ze mnie wyszarpnąć odrobinę drżącego życiem mięsa. On, albo ja. One, albo ja. Uciekłem ze świadomością, że najmniejszy ostatecznie wygrywa zawsze. Im mniejszy, tym pewniejsze zwycięstwo.

 

Marszruta absurdalna.

Dodano 19 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Słucham kroków, które nade mną i obok, i całkiem pod spodem. Wokół. Wszędzie są i odmierzają rzeczywistość dekadami i mileniami sekund. Stoję, czy siedzę – nieważne. One powielają teraźniejszości już minione i dają złudzenie obecności. Niby są. Ale przecież nie ze mną, nie we mnie, a zaledwie obok. Beznadziejnie daleko. Takie obok, to potworna odległość, którą rzadko kiedy udaje się pokonać. Którą pokonać się chce. Tym krokom nie chce się wcale. Im wystarcza, że są. Swoje i dla siebie. O mnie zapewne nawet nie wiedzą, albo pojęcie mają blade, rozcieńczone przez sprawy ważniejsze i pilne. Nie moje. Okraszone cudzymi ideałami kroki dzieją się obok, poza mną, pomimo mnie nawet. A ja nie chcę nasiąkać cudzym ideałem, do którego zmierzanie wydaje się szalonym pomysłem niewartym wysiłku. Po cóż mi cudze nadzieje? Po co wątpliwości i trud drogi nieskończonej? W imię czego mam podjąć wysiłek? Wstaję i drepczę nerwowo. W kółko, bo donikąd idę, więc, żeby nie odejść za daleko, to w kółko chodzę, wciąż szybciej i wciąż bezmyślniej. Tłuką się po głowie myśli, jak króliki w klatce, że to absurd jest, że paranoja. A przecież nie ustaję, chodzę i w głowie już mi się kręci, a kroki, jak kastaniety tłuką wariacki rytm na parkiecie dębowym. Ściany chwyciłem, żeby to rozkołatanie powstrzymać, żeby dać myślom chwilę zatrzymania, oddechu i długiego spojrzenia. Kroki. Nade mną i pod spodem. Obok kroki i kroki przede mną. Moje kroki zatrzymane i kroki dudniące pod czaszką, rozsadzające, brutalnie bezduszne kroki. Donikąd i samotne. Powielone echami zdają się żyć burzą potworną, a przecież to tylko bezradność ludzka owymi krokami modli się o zasadność. O przeznaczenie. I cień znaczenia. Tego, którego nikt dojrzeć nie umie, a szuka odkąd się chodzić nauczył, odkąd złudzenia stracił i przestało mu się wydawać. Boję się już tych wszystkich kroków, bo one marszem się stały, musztrą legionów, szeptem kohorty głodnej krwi niewiernych. I ja. Z moimi krokami. Anonimowy, jednostka w mrowisku, sardynka w ławicy. Idę tupiąc nadzieje, krążę niosąc niepewność w dłoniach zaciśniętych strachem, w łapczywych ustach gasną pytania zbyt odważne i wargi pękają z braku wilgoci. Nie wytrzymałem wreszcie. Bunt we mnie zakwitł znienacka i drzwi otwieram i resztką tej ekstrawagancji pukam w sąsiednie drzwi, bo na więcej mnie już nie było stać. Zapukałem nie wiedząc po co i na gwałt szukam pretekstu, fałszywej choćby wymówki, żeby to moje pukanie uzasadnić i w znaczenie ubrać, żeby nagim i bezbronnym nie było. Żeby nie stać się gołym półdupkiem na kopniaka wystawionym… Gorączka myśli rozsypała się talią kart bezładnie po mnie całym, a tu już kroki z wewnątrz nie mojego i rosną staccatem zbliżając się nieubłaganie. Zamek w drzwiach chrobocze raz-drugi, zawias skrzypnięciem się witać zaczyna, a ja wciąż bezmyślny, niedopowiedziany i nieuzasadniony stoję z miną, w której wszystko znaleźć można, poza celem tej wizyty niezapowiedzianej. Drzwi już szerzej i sąsiada głowa się pojawia. Sąsiada, bo mieszka tuż obok, ale ja… nawet nie wiem, jak ma na imię, z kim noce spędza, a kto mu dzień umila, lub wypełnia. Nie wiem nic, a on już drzwi ma otwarte i zerka na mnie. I aż śmiechem parsknął, a ja – co miałem zrobić? Wzruszyłem ramionami tylko, a on już mnie do środka zaciągnął jak gdyby nigdy nic, żebyśmy siedli wreszcie i przestali pleść te kroki daremne, tłukące się echem po świecie i posłuchali, jak tupią inni. Może nawet pogadali?

 

Niewidomego bajka o kolorach.

Dodano 19 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Bezbronny całkiem się poczułem, bo jak się bronić, kiedy rozum śpi, a logika na wagarach, bo we mnie uczucie zakwitło jako te pierwiosnki, czy fiołki i świeżym aromatem uwodzi mnie i upija tak bardzo, że już wcale nie wiem, czy to ja, czy to dusza samopas poszła w taniec na dziewicze łąki i pasie się nieznanym, delektuje niezbadanym i odkrywa lądy tajemne, zapuszczone i pełne niespodzianek. Ledwie od godziny pałam uczuciami, a już uzasadnień nie mam żadnych dla siebie i własnego bytu, straciłem bieżące wątki i główny nurt mi się zmotłoszył. Wcale mnie nie chcą słuchać wczorajsze dogmaty, a poranne dygresje rozpierzchły się po kątach. Zostałem sam. I stoję teraz naprzeciw uczuciu, które wampirem energetycznym jest i wysysa ze mnie życiodajne siły, lecz coś innego w to miejsce przecież… bo czuję. Taką transfuzję, jakby ktoś krew mi zmienił na inną, nową, gorącą i zupełnie mnie nie znającą. I jestem bezdomnym u siebie. W swojej własnej skórze nieznany i niezrozumiały. Stare dekalogi trafił szlag, a nowe wciąż niewykute. Taka wydmuszka na wietrze, latawiec, który nie zna uwięzi i gna pod chmurami na przestrzał, na oko wykol, lecz wpływu nie ma na nic, bo on tylko zwierciadłem wiatru jest. Lakmusowym papierkiem, który pokazuje stan, lecz przecież nie on do tego stanu doprowadził – on tylko uświadomił, niczym druga kreseczka testu moczem wypełniona, że od dzisiaj nic nie będzie już takie samo, a stare wartości trzeba do pralni oddać, żeby miejsce zrobić dla nowych. Przyszło nowe i głos stary zabrało i węch, wzrok musi się przeorientować bo mętny się zrobił i całkiem już świata nie widzi, więc przeogniskować, objąć, pojąć, dotknąć, wiedzieć, cokolwiek, żeby zrozumieć i kurs azymutem obciążyć trwałym. Bo wczoraj istnieć przestało i tylko balastem być może, kompostem i nawozem dla jutra. A teraz nie mieszka we mnie odpowiedź na żadne pytanie, bo każde zbyt trudnym się zdaje. Miłość to, czy nienawiść? Czym w końcu się różnią, skoro obie zaborcze i pełne po brzegi, że aż się ulewa i w gabarycie człowiek utrzymać nie daje rady wcale? Obie namiętne i pasją szyte poza krańce rozumu. Obie perfidne i egoizmem fastrygowane, obie dumne i bezkresne. Obie anormalne, warte paragrafów w kodeksach wykroczeń i przestępstw najohydniejszych. A ja, zarażony wirusem, plamy na oczach niezliczone rozsunąć próbuję, żeby pomiędzy nimi dostrzec następną godzinę chociaż. Nie uda się? Wiem, nie jestem aż taki silny, żeby samotnie lejce utrzymać, nim zerwą mnie do galopu oszalałego, pełnego pasji i niezrozumienia. Rzucić się w tę otchłań, czy trzymać te lejce, aż ramiona z barków wyrwie mi czas? Walczyć, czy poddać, nim sędzia odgwiżdże koniec potyczki?

 

Zaskoczony…?

Dodano 19 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zaskoczony ? zadziwiony? …Jak bardzo łatwo stracić podparcie, gdy nic a tym bardziej nikt, owym nie stara się być, nie potrafi. Przyklaskuje, akceptuje. –Kiedyś ,ktoś mi powiedział. Nie musiał powiedzieć i nie poznałam niczego co by go w tym kierunku pchnęło. –Kiedyś ktoś mi powiedział… Od siebie, z siebie ze swojego wnętrza i chociaż słowa były mi nie w smak i chociaż innych oczekiwałam i innych wyglądałam ufając ,że jeśli składne ładne i niewulagarne, prawdą będą większą takie nie były.-Kiedyś ktoś mi powiedział i tu warto wziąć przykład a tradycji czy może zasad, „naszych starszych braci”. Jeśli ktoś mi powiedział, ja mam obowiązek też ,chociaż jednemu powiedzieć prawdę, dać prawdę i zapewnić możliwość by prawda obrodziła.

 

Jakaż ja jestem nieopisana.

Dodano 18 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Niczym Peri jestem pierwszą na scenie jaka sama sobie po tamtej stworzyłam i nań zaśpiewałam i niczym Dafne nie dościgła a w zakamarkach mojej własnej krzaczastej przestrzeni czająca się na potencjalnie przegranego wędrowca. Niczym Khefin z którym jak sama z sobą i ze swoimi odbiciami rozmawiam niczym ze zwyczajnym odźwiernym. Sweevo z poddanymi którzy z nikąd wychodzą by zrzucić na niedbających o siebie i przygnieść wielką kłodą. Jestem niczym … i od tego budowanie zacząć trzeba a nie ,że jestem wszystkim i ni cholery w tym śmietniku znaleźć siebie się nie da.

 

Nie pisana mi kolej transsyberyjska…

Dodano 18 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Obudziłem się całkiem nieważki. Taki niedorobiony ja, który cielesnością nie grzeszył wcale i tylko myślą nieuzbrojoną był. Troszeczkę, jakby worek foliowy na wietrze. Taki, który codziennie można zobaczyć, gdyby przez miasto się przejść. A ja nie mogę się przejść, bo nóg nie mam całkiem, ani głowy i tych wszystkich przydatków i dopełnień. Sam nie wiem, co mam, ale czuć, to czuję i zmysłowo odbieram otoczenie, więc źle nie jest. Jeśli tak śmierć wygląda, to (chwilowo) niegłupio jest zorganizowana. Nie podejrzewałem nawet. I co teraz? Co z sobą począć? Pomysłu nie miałem na siebie cielesnym będąc, a teraz, to w ogóle głupawka jakaś i niemoc decyzyjna. Chwilowo kładę to na karb niewiedzy, co tak naprawdę mogę i co mi przysługuje. Przydałby się ten, który opracował tę rzecz ze mną w roli głównej (egocentrykiem byłem od narodzin, choć wolałem się nie przyznawać i nic mniej jak główna rola w grę nie wchodzi). Ale ten, autor, czy może autorka, bo nikt tego przecież nie zbadał, a świat kolorem tętni i pełen jest rozmaitości i uczuć, więc może płcią piękną grzeszy autor – kolejna dygresja wpędza mnie w obłęd – no więc autor płci dowolnej ma mnie i moje dylematy gdzieś. Owszem, nikt nie powiedział też, że jak autor, to srać musi Akropolami, a kiedy westchnie to monsuny spustoszą Indonezję. Może ma ważniejsze sprawy niż przynieść mi instrukcję obsługi życia pozacielesnego. A może czasu mam nieskończoność i nawet znudzić się zdążę? Wszystko jedno. Z braku lepszych pomysłów sam sobie daję kopniaka w nieistniejące miękkie tkanki i ruszam. Trochę tak, jak porusza się manta ponad dnem oceanów, łagodnie falując skrzydłami, żeby wir piasku cyklonem się nie podniósł i nie spłoszył ofiar nieświadomych. Popłynąłem więc raczej, niż poszedłem, a droga płynęła wraz ze mną. Szybko dość i możliwości miałem większe niż jakiś Pendolino, czy Concorde (czemu oni – ci wszyscy długodystansowcy tak z włoska brzmią?), a jednak widziałem, co mijam pomimo prędkości. Wiatr chłodził mi coś, co mogłoby być cielesnym czołem, a ja już pochylałem się nad Kaukazem. Tym samym, do którego wciąż nie dotarłem cieleśnie, więc z tym większą ciekawością zerkałem nań z góry. Ktoś był na ziemi i obok mnie ktoś falował podobnie do mnie – nie wiedziałem, który ważniejszy i komu uwagę poświęcić i gryzłem się w sobie takim dylematem, kiedy poczułem kuksańca. Poważnie – poczułem i dech mi odebrało. Jak to? Zdziwiłem się, bo do tej bezcielesności chyba zacząłem się przyzwyczajać, a tu taki gwałt na mnie i powietrze wyciska, jakbym pod żebra zaliczył mało przyjacielskie pozdrowienie.
- koleś posuń się, sam nie jesteś – zaskrzeczało coś śmierdząc octem i niezakąszaną od wczoraj wódeczką, a mi wzrok wrócił tylko po to, żeby się spostrzec, że pociąg jedyny właśnie na wschód wyruszył beze mnie.

 

Niemądra.

Dodano 18 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Niemądra ,powiadasz. Niemądra. Patrzyłam kiedyś. Pamiętam takie patrzenie. Patrzyłam na ludzi mądrych w miejscu jednym zebranych . Przyszli, zebrali się, być mieli razem by rozmawiać. Razem mieli zacząć iść a to ich wspólne pójście do przodu, miało stworzyć zaczyn, stopień, kamień na brzegu pierwszy a potem kolejne by rzekę przekroczyć i nie utonąć. Niemądra powiadasz a oni mądrzy ? Tak ? Oni, którzy rozumieją co znaczy imię jakie napisałeś: „Asklepios”. Ja nie rozumiem. Nie znam. Gorzej , straszniej powiem. Nie czuję najmniejszego dyskomfortu nie znając tego imienia. Bywa ,że trzeba odejść by wrócić, wrócić by móc odejść i z daleka patrzeć a jeśli patrzy się z daleka widać inaczej. Widzę jak codziennie rano zakładasz całe mnóstwo przydasiów na siebie i piórko i patyczek i kijek i kawałek oderwanej gazety i jedną trzecią rolki papieru toaletowego i scenariusz z kawałkiem roli o której myślałeś ,że ją zagrasz. Powiadasz mi ,że niemądra jestem a ja widzę radość w sobie bo nie o znaczenie słowa , a o fakt że zaistniało, toczy się kropla radości. Nie, niczego nie pomyliłam. Z pełną świadomością napisałam ,że toczy się niczym śnieżna kula z wielkiej góry, kropla radości. Dzięki Tobie.

 

Daremne czekanie na boski wiatr.

Dodano 17 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Jaka ty niemądra jesteś. Skąd ja miałbym wiedzieć, co też się w tej twojej głowie wyrabia? Ja? Ze swoją poradzić sobie zbyt dobrze nie mogę, więc wybacz, że twoją się nie zajmę. Podobno nie szkodzić jest pierwszą zasadą adeptów Asklepiosa, a choć mi wiele do nich brakuje, to przynajmniej taką posługę oddać ci mogę. Wiesz? Chciałem pójść i wywietrzyć własny łeb, żeby jakimś odkurzaczem przemysłowym wyssać te mrzonki ze mnie i miejsce zrobić na świeże, ciepłe myśli, żeby były takie dojrzalsze i rozumem choć tknięte. I poszedłem na stację benzynową, bo tam odkurzacz mają. Wrzuciłem drobną monetę, a on zaczął ssać i robił to tak jakoś… nieładnie, że się wystraszyłem. Miałem na ustach niesmak wielki, ale spróbowałem – uwierz mi próbowałem. Podniosłem tę ohydną ssawkę do ucha i miałem już wbić ten czarny jęzor, tego węża, kiedy przyszedł pan śmierdzący ropą i mnie wygonił. I jeszcze kopniakiem zdzielił, że wstyd mi okropnie nadal. Uciekałem przez jezdnie, na wskroś skrzyżowań, a za mną śmiał się ropień cuchnący i warczał obleśnie wąż nieprzystojny. Niosłem głowę ciężką od tych myśli nieprzyjemnych, ważących tony całe, aż mi nos do ziemi ciągnęło. I żadnych pomysłów, jak pomóc sobie, więc nie pytaj mnie, jak mógłbym z twoją głową do ładu dojść. Bo ja próbowałem na własnej bezskutecznie. Na most poszedłem, bo to proste myślenie było, że tam, wzdłuż rzeki wiatr będzie miał tor wyścigowy i wywieje. Taki prakseolog się we mnie narodził i empirycznie zbadać chciałem, czy ulgę dać karkowi własnemu potrafię, żeby nie musiał walczyć z ciężarem ponad odporność kręgów szyjnych. Stałem i obracałem łeb, usta otwierałem, lecz wiatr miał chyba wolne, albo gdzie indziej cudzołożył. Kląć na moście? Znów? Nie. Nie chciałem w rutyny sidła popadać, więc usiadłem nieroztropnie koło balustrad i głowę wtuliłem w barierki. Siedziałem alternatyw szukając i boskiego wiatru wypatrując, żeby mnie ocalił, nie przed mongolską agresją, lecz przed moich myśli monsunem bijącym o skarpy zmęczonego czoła. Nie przyszedł kamikaze, a szum dyskretny wody ćwierkającej na kamieniach i odległe posapywanie samochodów rozpłynęło się po mnie falą gasnących wibracji i usnąłem. W ramionach mostu siedząc, usnąłem, a woda kołysankę monotonną szemrała tak samo, jak szemrała ją wieki temu. Tylko kamienie w niej inaczej były nastrojone. Większe i wtedy jeszcze z siebie dumne, a teraz oślizłe, martwym wodorostem okryte zapomniały, że stopy kaleczyć umiały. Wstałem, a ciało wzmocnione odpoczynkiem uniosło głowę ciężką od myśli i ani jednej zgubić nie zdołałem. Nie proś mnie więc o pomoc, bo nie potrafię. Nieumiejętny jestem taki, że nawet zgubić nie umiem, choć próbowałem.

 

Gówniany majestat.

Dodano 17 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Majestat powiadasz ,że przyszedł . Majestat powiadasz . Co to za Majestat co o nim jedyne, że wiedział o ciastkach w szafce. Porcelanie, co to już dawno miałam ją wyrzucić bo tylko zawadza a wartość ma jedynie jako pochłaniacz kurzu. Majestat powiadasz co to z nim ani słowa nie zamieniłeś ani nastroju nie stworzyłeś ani myśl żadna nie powstała. Taki gówniany majestat sobie stworzyłeś a może sumienie nie pozwala ci otworzyć drzwi prawdziwemu ?