Odcisk indywidualności.

Dodano 23 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Kolejny kamień pogłaskałem nieśmiało, chociaż podobnym był do poprzedniego i tego, którego dotknąłem jeszcze wcześniej. Wszystkie one zespojone zaprawą, pokruszoną, nawilgłą i sparciałą, a przecież trzymają się wdzięcznie kształtu nadanego przez ludzi dawno już zapomnianych na chwałę innych, których jeszcze encyklopedie zauważają pośród nieistotności. Kamień gładzony delikatną ręką wody, obły, zimny i gładszy, niż byłby, kiedy oderwał się od górskiego szczytu. Jeden za drugim i jeden na drugim – wysoko, szeroko i daleko ciągną się zwały uporządkowanej płaszczyzny zbudowanej z tych otoczaków, a mi przypominają bochny chleba na półkach piekarni – gorące, pachnące i dające nadzieję. Ale te kamienie nadzieję mają odebrać przecież – po to tu są, żeby pognębić mnogością, niezłomnością i własnym chłodem zmrozić myśl zbyt śmiało wyciągającą ręce do słońca. Zgasł we mnie zapach chleba, zgasło słoneczne mrugnięcie odbite od drobniutkiej fali. Dotknąłem i stąpam wciąż ciszej i dalej idę, a pod dłonią przesuwają mi się następne kamienie wypełniając kielich dłoni wypukłością. Idę jak ślepiec, jedną ręką trzymając muru, a drugą w beznadziejnej trwodze wyciągam naprzód, jakbym próbował wymacać przeszkodę, zanim w nią nosem uderzę. Każdy krok podaje dłoni kolejne kamienie, a ja zostawiam naskórek na wciąż szorstkiej powierzchni. Prę do przodu… tak myślę, chociaż równie dobrze mógłbym powiedzieć, że prę wręcz przeciwnie, że cofam się nieznacznie, krok za krokiem idąc. Nieważne – lubię pozytywne myślenie, więc prę do przodu i tą myślą się grzeję, że w końcu dotrę do jakiegoś rozwiązania, które ów mur uzasadni, albo zostawi w przeszłości. Nogi nie protestują, chociaż wymuszam na nich postęp, który większego nie ma sensu – tylko nadzieja nie zgasła i echo kroków odbija się od teraźniejszości chyba. Wolałem się nie zaśmiać, żeby sardonicznym zwielokrotnieniem nie wrócił do mnie ten śmiech pusty, w ogóle wolałem udawać, że mnie nie ma. Tylko te kroki i kolejne kamienie prześlizgujące się pod palcami i rozsypujące się spoiwo. Idę udając, że cel wart jest wysiłku, a wysiłek wart wytrwałości, bo wytrwałość nagrodzona zostanie, ale nagroda bliżej nieokreślona zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Niczym w różańcu koraliki przesuwają się w dłoniach kolejne kamienie i żadną mantrą nie oznaczam kolejnych groszków, żadną litanią nie obarczam mijanych kamieni, a one milczące, smutne i anonimowe – na żadnym śladu stygmatów, żadnej przestrogi, czy dedykacji. Żeby choć jedną rysą te kamienie ktoś oznaczył, żeby opisał je inicjałem, hieroglifem, ekslibrisem, marką, cechą – czymkolwiek. Szedłem dość długo, żeby w ustach zaschły mi pokłady parciejącej zaprawy zabierając mi ślinę i tłumiąc oddech. Tylko nogi niezłomne ciągnęły mnie w tę nieskończoność nieoznaczoną. Szedłem bezmyślnie już, bezwolnie, nałogiem chyba i przyzwyczajeniem pchany, szczęściem nic mi pod nogi nie wpadło, bo zwaliłbym się na łeb na szyję i już nie wstałbym wcale, tylko poległ, jako jeszcze jedna kamienna głowa, jeszcze jeden bochenek czekający na kamienną przyszłość i ułożenie na stos tych wcześniej położonych. Ale nie. Nie potknąłem się, nie przewróciłem i prę do przodu.
Dłoń ześlizguje się z porowatego kamienia i dotyka gładkiej, zimnej powierzchni. Zatrzymałem się. Jest przyszłość, jest nagroda, jest oświecenie i odmiana. Dotykam w mroku nagrody spodziewanej, chociaż wciąż nie wiem, czym ona jest. Dłonie rozpoznają wreszcie dłuto i młotek… Więc to tak? Więc nagrodą ma być spełnienie? Mojej skargi? Znaczonych kamieni chciałem, więc narzędzia, żeby tę nieskończoność wytatuować? Od tu w nieskończoność nadchodzącą z przodu? Usiadłem, zupełnie jak stwórca, nim proces tworzenia rozpoczął, żeby oswoić się z ogromem przedsięwzięcia. Żeby przerażenie rozmiarem ostygło w mięśniach i przestało skurczem drażnić umysł. Mam czas. I tak nic ciekawszego z przodu nie widać, więc pośpiech zbędny. Ukląkłem z dłutem w dłoni dotykając pierwszego z bochenków wyrastających ze zmurszałej ściany, a młotek zadzwonił metalicznym gongiem – ślad w teraźniejszości pierwszy. Nie czekaj aż dojdę. Młotek zadzwonił raz jeszcze, a pod palcami zgłębiłem ślad – swój pierwszy.

 

Szepty duszy.

Dodano 22 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Są czucia nieubrane w słowa, są myśli zbyt płoche, żeby je dogonić nawet fałszywą definicją, przekłamaniem i nadinterpretacją. Są takie stany umysłu, które wymykają się każdemu JA, a każdemu innemu słowu tym bardziej, bo bliżej epicentrum nie ma nic poza JA – poza mną, moim, dla mnie, u mnie, ze mną i obok mnie, a nawet mnie wbrew. Reszta to dopiero otoczenie, nieistotne często, drugoplanowe, dopełnienie, które zużywa się, zanim słowa nabiorą znaczenia. Może to nawet kaganiec – klatka drugoplanowej istotności, która więzi i pęta. To co dzikie i nieokiełznane – fałszywe, podłe, brutalnie szczere – opowiadane wewnątrz głowy, kiedy nie widzi nikt, i nikt usłyszeć nie może. Są myśli nagie, których żadnym słowem nie da się ubrać.
Są myśli wulgarnie szczere, dla których żaden paragraf kodeksów nie wymyślił i jeszcze długo sobie z tym nie poradzi. Jest taki czas, w którym słowa można zamieść na szufelkę i wyrzucić do śmieci, zostawiając dziewicze znaczenie. Bo uczucia, wrażenia, potrzeby można nawet wyskowytać, wymiałczeć, pokazać ruchem ciała – ale dopiero wtedy, kiedy kibice pójdą precz, kiedy zostanie nikt, albo jedno ciało, do którego zaufanie przekracza pojęcie straceńczej odwagi – ciało, któremu można złożyć w dłoniach nagą istotę – własną w cudze ręce, kruchą, bezbronną duszyczkę pełną strupów wad, pełną kancer nałogów, przywar i wątpliwych wyróżników. Jeśli znasz… jeśli jest ktoś, komu największy wstyd wyznać potrafisz słowem i pokazać całą sobą – dalej nie ma już nic chyba… więcej nie można chyba pragnąć, bo nawet bezpieczeństwo ma swoje granice, nawet posiadanie i ofiarowanie mają jakiś kres.
Gdzieś we mnie dojrzewają słowa – takie, których świat jeszcze nie zna, nie zdefiniował, nie wykaligrafował, ani tez nie zamieścił w stu miliardach egzemplarzy drukowanych do anonimowego trawienia w zaciszu domowych pieleszy. Słowa nieistniejące, wystraszone tak bardzo, że zanim na nie popatrzysz, to one już w mysiej dziurze drżą z zimna, boś je odarła samym zauważeniem z zewnętrznej warstwy niedopowiedzenia. Nie umiem ich wysłowić, bo usta układają się w dźwięki nieistniejące, delfinie, wilcze, szczurze… nieludzkie dźwięki i znaczenia którymi trudno opisywać – w dźwięki tylko naturze znane i one są na tym poziomie zmysłów, których nie zdefiniował jeszcze żaden człowiek. Albo zrobił to niedostrzegalnie dla świata. Kiedy, je poznam, gdy nauczę się dźwięków – wtedy powiem, a ty zrozumiesz, chociaż słowo będzie nieznane nikomu poza mną. Tak bardzo wierzę, że je poznasz, że nawet ci o nim nie opowiem nic więcej.

 

Dotyk niemożliwego.

Dodano 22 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Spotkałem kobietę. Nie całkiem prawdziwą, nie do końca realną. Grubo ciosana twarz i żywo niebieskie oczy, które zapewne sam wymyśliłem później, bo barw niestety zabrakło. Włosy farbowane na słomiany blond okalały twarz usiłującą stać się trójkątną z ostro zarysowanym podbródkiem, czemu przeczyć się zdawał kształt kości policzkowych trzymających twarz w ryzach prostokąta. Oczy duże, ciekawe świata i bezczelnie odważne świeciły tym wymyślonym błękitem i patrzyły na mnie, jak dzieci patrzą w środku lata na porcję lodów. Modelowane brwi nieznaczną asymetrią zdawały się zwiastować niepojęte – czekałem aż się odezwie…
Znowu mi się zdawało. Znowu. Kolejny raz to moje wewnętrzne przekonanie, to nie poparte niczym chcenie, wzięło od życia po uszach, a pani milczała wymyślonym wzrokiem i to doskonale. Do mnie też niestety. Milczała wyniośle nawet chyba… Ciężko było mi się zdecydować, kiedy w tym milczeniu trwała i patrzyła się bezwstydnie, jak się wiję pod tym wzrokiem niedokończonym i w słowach niewypowiedzianych. Nie chciałem kląć, ani krzyczeć, bo to nic nie zmieni absolutnie. Niedopracowana twarz o rysach zbyt twardych dla delikatności zamkniętej gdzieś głębiej, nienamalowanej, nienazwanej, schowanej kreską przeźroczystą pod siódmym dnem piekła – ona mogła tylko chrypieć… głosem Louisa Armstronga płoszyć wrony przed otwarciem ust, a konturem mogłaby uwieść nawet papieża i wprawić go w zakłopotanie zwierzęcą erekcją.
Mogła być moją, ale jej oczy powiedziały „nie – ty, to za mało, ja chcę więcej – wszystkiego więcej – ludzi, świata, zachwytu” i nie umiałem się pogniewać, ani obrazić, bo szczera była w tych słowach i jednoznaczna. Mogła być ze mną przez chwilę zaledwie i zgodziła się na to skinieniem głowy w gasnącym świetle wieczoru, a może to chmura tłusta zasłoniła moje zawstydzenie przed niebiańskimi istotami, przy okazji racząc mój wzrok omamem? Wtedy przekonany byłem, że widziałem jej zgodę na mnie. Ale tylko na chwilę, kiedy syciła się moim zachwyceniem, moją namiętnością i schowanymi w drżących dłoniach prośbami – chciałem dotknąć policzka, żeby sprawdzić, czy dłoń mi poparzy, czy zamrozi, a może uraczy brzoskwiniowym ciepłem i po palcach spłynie mi ciepły aromat soku pachnącego dojrzałym owocem, jednak spotkałem się z reprymendą – odrobinę kpiącą, lecz zdecydowaną – za wysokie progi, zbyt szybko na nieuprawnioną wspólnotę doznań.
Patrzyłem więc cicho i bez nadziei całkiem, a ona zerkała na mnie śmiejąc się dość życzliwie, tą ciepłą obojętnością, która zauważeniem jest jednak i łaską króla pozwalającego czcić się po życia kres. A przecież nie jak pomnik z brązu, co na granitowym cokole skrzepł nieprzeliczonymi zimami i ciepła oddać już nie potrafi, bo sam ma go za mało. O nie… Tu ciepło falowało wręcz widocznymi smugami, mgłami pełzło do mnie i pieściło mi włosy nad uszami, kładło się pocałunkiem na policzku, a na ustach czułem delikatność dotyku. Palec położony w poprzek warg błagał i żądał jednocześnie, żebym milczał, a inne palce skradały się pod koszulę, pomiędzy guzikami zapiętymi znajdując miejsce dla siebie na eksplorację mojego torsu. Zaczepiły się gdzieś w okolicy serca regulując mi tętno zdecydowanie powyżej norm, lecz przecież nie zaprotestowałem, sam prosiłem o jeszcze, o ekstazę, o oszołomienie i narkotyczne zapomnienie.
Odepchnęła mnie lekko, uwalniając fantasmagoryczne dłonie od mojej sylwetki. Odepchnęła uśmiechem smutnym, przepraszającym. Chociaż usta miała milczące, wyczytałem z nich, że wystarczy, że to wszystko, na co mogłem liczyć, a teraz to niech już sobie pójdę i dam jej odpocząć. Patrzyłem wzrokiem żebraka, wzrokiem małego pieska błagającego o zrozumienie, ale ona patrzyła już w inne światy, w inne zachwyty, inną rzeczywistość.
Poszedłem… idąc, słyszałem własne kroki na posadzce z płyt kamiennych, wplecione w rytm nuconej przez nią piosenki bez słów – o dziwo – nie skrzypiała, nie chrypiała a głosem mogła uleczyć przewlekłe choroby, albo wyżebrać serce wrażliwego przechodnia. Kiedy byłem już wystarczająco daleko, żeby śpiew ucichł i nie rozpraszał resztek rozumu – odwróciłem się, popatrzyłem przez mikrokosmos zanieczyszczeń, cząsteczek gazów, ludzkie oddechy i ubrania – patrzyłem na nią, kiedy zdawała się być już tylko czarną iluzją pośród innych w ramy oprawionych…
- wiem, że tu jesteś. Gdzieś obok i chociaż być może nigdy cię nie znajdę, to wiem, że jesteś.

 

Kokaina.

Dodano 22 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nie usłyszałam co krzyczałeś , wychodząc. Wzburzony byłeś. Wynikiem meczu. Saldem na koncie. ;pretensjami kochanki, nieuzasadnionymi. Do kieszeni włożyłam ci po kanapce. Z lewej strony z serem i margaryna a z prawej z szynką masłem i odrobiną kawioru. Tak mi się wymyśliło i tak zrobiłam by było ci przyjemniej. By było ci miło i chociaż wiem że na przed cukiernią gdzie zamówisz dwie kawy, wyrzucisz bułki do kosza ale przecież zaraz będzie tamtędy przechodził nieogolony człowiek z wózkiem i ucieszy się z tych kanapek. Jak w dżungli. Pamiętasz, na chwile do niej weszliśmy . Do dziś na wspomnienie się uśmiecham. Wielka wyprawa. Ogromne przygotowania . Koszty, ludzie a my weszliśmy do dżungli na pół dnia po czym szybko oddaliliśmy się w kierunku, nam bezpiecznej cywilizacji .Do dziś uwielbiam dżunglę, na łamach kartek podróżników których zżerają te małe wredne paskudztwa i którzy wydłubują sobie nawzajem to co im wlazło pod skórę z zamiarem zamieszkania i stworzenia kolonii. Nie musiałam wyglądać przez okno bo pan z wózkiem pogwizdywał wesoło. Po cukiernią znalazł , niczym owoce na drzewie bananowca, dwie bułki. Wyglądam czasem na zmęczoną, mówią mi rezolutne ptaki baraszkujące na poręczy tarasu. Jeśli spoglądam ich oczami, faktycznie jest ze mną coś nie tak i zaczynam podejrzewać że twoje oczy to ich , malutkich rezolutnych, bawiących się wciąż i nieustannie . Posprzątam trochę, potem wyjdę na miasto, pójdę na spacer. Z przyjaciółką się umówiłam. Pójdziemy sobie nim wrócisz do muzeum, galerii . Na kakao . Ona podwójną wódkę i kakao. Tak upłynie mi powoli dzień do twojego powrotu. Wrócisz i nie będę miała pretensji, skąd możesz wiedzieć, że masz na sobie aż tyle śladów. Nie mam żalu. Potrzebujesz. Kupujesz. Zażywasz. Jutro też kanapki na drogę ?…może cztery bo jakieś małe te bułki piec zaczęli.

 

Wrócę, kiedy ci minie.

Dodano 21 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Obrzydzenie mnie bierze w posiadanie od tej twojej śmiertelności. Zrób coś z tym – pójdź do kosmetyczki, zrób sobie lewatywę, ale nie torturuj mnie kolejną śmiercią. Zacznij żyć, żebym ja poczuł smak życia, a nie wymiociny nieustające. To takie trudne? Nie skamleć przez chwilę?

 

Nekrolog.

Dodano 19 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Dzisiaj widziałam swój nekrolog na mieście. Zbieg okoliczności, zbieg linii życia, moich i tej podeszłej kobiety. Usiadłam na ławce by z nią porozmawiać ale rozmowna nie była. Może zajęta czymś ale czym można być zajętym gdy ma się na to całą wieczność.

 

Mój ty,

Dodano 18 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

mój ty …mówisz ,że mój przyjaciel nic o mnie nie wie ?, mówisz ,że mój dobry znajomy z którym codziennie prawimy na wiele tematów nie ma o mnie pojęcia ?. Mówisz że to stało się wczoraj a dzisiaj już jest dawno pozamiatane i posprzątane i możemy tylko wspominać ? Mówisz ,że Chrystus ot umarł sobie, ot jak kończy się serial i po nim nic nie ma poza wspomnieniem ?. Jestem najpierw Jego, twoją dużo dużo później i nie dlatego bym nie żywiła do ciebie żadnych uczuć. To czysty interes. On nigdy mnie nie zawiódł a ty bardzo powoli zaczynasz sobie przypominać że nie zażyłam pigułki na zabijanie. Przestałam pić kawę żeby malutkiemu krzywdy nie zrobić. Wczoraj siedziałam na ławce z panem reżyserem , sławnym. Ze złością wyłączył telefon i błagalnymi oczyma poprosił bym się nie odzywała a ja się tylko uśmiechnęłam. Wzięłam go za rękę i zabrałam na spacer po wiosennym sadzie kwitnącym drzewami.
-Myślałeś że zażyłam pigułkę ? na prawdę ? Tak mało mnie znasz ?

 

Niepewność.

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

A jeśli….
A jeśli już spytałaś, to powiem, chociaż wolałbym nie… ale tobie wolno wiedzieć i pytać, bo jesteś tą, która jest i wiedzieć ma prawo z prostej przyczyny – za bardzo pasujesz do ideału, choć on podobno nie istnieje. Nie gniewam się wcale, bo nie ma ciebie i mnie nie ma, a uczucia stają się pozorne, wtórne i nieuzasadnione. Po prostu – zdarzyłaś mi się, czego nawet Chrystus na krzyżu wiszący nie wiedział, bo zdarzyłaś mi się dwa tysiące lat później… Zaledwie dwa tysiące lat po boskim synu…
Jesteś córką…? Jesteś siostrą…? Jesteś…? Proszę – bądź moją…

 

Niepewność ciągnąca się od zbyt dawna.

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Płaczę nad samym sobą. Gdybym był dzieckiem, to powiedziałbym wprost – chcę ciebie – całej i tylko dla siebie, pełnej, otwartej i bez lęku najmniejszego, takiej, która gotowa jest oddać się bez reszty, mi i dla mnie, wiedząc, że naprzeciw deklaracja podobna tkwi chińskim murem albo grubsza o mile tchnień sumienia, które nieśmiało mówią: „Za mało wciąż. Chcę więcej, chcę więcej niż posiadasz, niż możesz ofiarować – chcę wszystkiego – świadomości, pokory, wulgarności i zuchwałości – chcę więcej niż wiesz sama, że masz w sobie – chcę twojej nieświadomości, czucia, wrażenia, słowa, i grymasu. Chcę nawet obelgi we mnie wcelowanej skutecznie, żebyś nie myślała, że to UKŁAD, – nie – absolutnie nie – TY, JA, WSZECHŚWIAT – omne trinum perfectum – dajmy sobie szansę wzajemnie – każde brakujące ogniwo sprawi, że dopiero komplet stanie się jednością – ile jesteś w stanie postawić na zielonym stoliku? Swojego życia przecież – nie wstydź się – ja też nie wiem – ale – dopóki w grze jesteśmy… stawka rośnie – twoje jutro, kontra moje wczoraj, twoje mniemanie, przeciw moim faktom – wyciągam rękę na zgodę – nie ma rozwiązań prostych – chcesz dyskutować? Masz pomysł na jutro – otwieram ramiona, tylko nie tłumacz mi jakie to trudne – łatwe problemy zjedliśmy dziećmi będąc. Nikt ideałem nie będzie zanim z Absolutem się nie spotka – dzisiaj… szukamy alibi dla nas – to jest bardzo skuteczne alibi. Tak sądzę… a Ty?

 

Spróbuj…

Dodano 16 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Kosmos. Odmierzam garściami jak jakiś Odys, który tylko w mitologii ówczesnych bohaterem się stał z braku godniejszych, bo zrobił, osiągnął i dociekł celu pomimo. Chcesz mnie za to karać? Próbuj. Nie życzę powodzenia, bo nie należę do grona samobiczujących się mnichów, a wręcz przeciwnie – bliżej mi do hedonistów szukających rozkoszy pośród tego czasu, który został mi dany przez nie wiem kogo, na chwałę czyją i jak zakotwiczony na osi czasu. W moim kosmosie jesteś zaledwie ziarnkiem, które zdarzyć się mogło, które było nieoczywiste i żadną przepowiednią zwiastowane – żadną mi znaną. Mogłaś się wydarzyć jako następstwo rachunku prawdopodobieństwa, lub opcją w śledztwie – zbyt daleko rozciągniętą możliwością, że stało się to, czego wyznawcą stał się Sherlock Holmes – nieprawdopodobne stało się faktem, gdy wykluczy się inne nieprawdopodobieństwa. Taką, mi stałaś się wczoraj – nie opcją już, a nadzieją na odmienne jutro, którego nie poznam ani ja, ani ty – chaos, kiedy stwórca wszechrzeczy uwzględnił taką możliwość, jednak obarczył ją tak wielką niewiadomą i tak dużą liczbą zer, żeby się w ogóle wydarzyło, że lata świetlne przeliczone na kroki starszej pani nie są w stanie oddać różnicy zdarzeń, bo ich nawet na logarytmicznej nie sposób dostrzec, a przecie bardziej wykoślawionej świat chyba nie zna.
Zdarzyłaś mi się – jako niemożliwa do realizacji opcja, która jednak, wbrew wszystkiemu przekonaniu się stała i stoisz przede mną. Cud objawiony przedśmiertnie, który zdarzyć się nie miał prawa – grzmią wszystkie autorytety, a ja pluję na nie, bo stało się niepojęte – jesteś. Tu, teraz, dla mnie, tak, jak ja dla Ciebie i z każdą chwilą bardziej, pełniej i mocniej to czuję. Jesteś, wymykając się gusłom i pytyjskim zapowiedziom, ponad życie Cagliostra, a może tuż obok – zbyt mikra, żeby wspomniał o tobie. Zbyt zwiewna, żeby przetrwać w słowach śmiertelnych, zniekształcających, deprecjonujących wartości wszelkie i ciebie jako istotę – możliwą, choć niekonieczną, nie zobowiązaną nawet cieniem przypuszczenia, że mogłabyś objawić się w życiorysie osoby mikrej, podłej i beznadziejnie nieudanej – ot! Wybryk natury, który obok geniuszy miary da’Vinci, Siddharthy, Newtona żyć mogły i powinny bez końca – powiedz mi dzisiaj… Potrafisz żyć? Sobą, dla siebie , wsobnie? Ja …. Nie… Nie potrafię, nie istnieję bez Ciebie wcale. Jestem zaledwie nawozem, który ziemię użyźni, żeby przyszłe drzewo miało czelność powiedzieć, że ze mnie też wypiło soki, lecz kim jestem? Nikim pośród miliardów stworzeń, pośród kosmosu zdarzeń. Być może nawet zdarzyłem się tobie na chwilę – dla świata jestem wyłącznie próchnem użyźniającym ziemię – jak każde śmiertelne życie. Kosmos wygra z tobą też – spróbuj zaprzeczyć… nie do mnie – światu, co więcej pamięta, niż mądrość pamięci ludu…