Pomiędzy fizyką a psychiką.

Dodano 31 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Budzę się przedwcześnie i wiem, że już nie zasnę, ale leżę cicho i patrzę na własne ręce, jak pełzną w pożądanie – o nic mnie nie pytają, najdrobniejszą wątpliwością nie są skażone. Pełzną po swoje. Do tam, gdzie wstyd się przyznać, a w głowie rosną obrazy. Wiem, że to twoja sprawka, że znów spać nie mogłaś i wstałaś nim słońce ozdobi świat kolorami i wyszłaś na balkon bosymi stopy zarażając powietrze i wiatr zadrżał i twoja myśl do mnie ciągnie, rozbiera mnie i przytula się bezwstydnie. Czuję, jak twoje włosy opowiadają moim plecom historię uniesienia, jak twoje dłonie nieskromnie mierzą moją skórę paznokcia wektorem i sprawiają, że usta w bezgłos układam, żeby alarmu nie podnieść, a ciało skrzepło, posztywniało i jeśli drży, to ciepłem kota pod dłonią pieszczotę niosącą, niemożliwą, dyskretną, nieobecną. W tym dotyku, który ślad na skórze zostawia gęsim wzgórzem powielonym po wielokroć, w ust spękaniu twoja myśl oplata mnie doskonale, w kokon nierealny, taki, gdzie słowa znaczenia już nie mają wcale, gdzie czas zgubił liniowość i kręci się w kółko, jak pies za własnym ogonem i nie płynie, nie znika, nie stuka podkutym obcasem o granitowe chodniki, lecz palce gryzie w ekstazy skupieniu i patrzy bezwstydnie, nawet śliny nie przełykając, bo przecież spłoszyć gotów… Widzę ten twój uśmiech wieloznaczny, wsobny, dogłębny, kiedy z czasem się przekomarzasz, kiedy kokietujesz powietrze pomiędzy nami, żeby było ci powolne, posłuszne i każdą twoją żądzę namalowało różą na moim ciele, żeby echem od lustra odbite, wróciło na twoją skórę pocałunkiem, tak bardzo niegrzecznym, że na myśl samą dojrzewać będzie rumieńcem, po pąs aksamitem w cieniu schowanym.
Zapomniały te moje ręce, że są moje i w spoconej pościeli szukają twojego szeptu, powietrza drżącej ścieżki, która na twój balkon prowadzi i wspinać się chcą od twych kostek drżących nagością i chłodem świtu, aż po spełnienie pod falbaną nocnej sukienki świecącej w ciemnościach blaskiem twojego ciała. Bo ona przecież ledwie oddechem jest lekkim, nicością utkaną by kusić, żeby nie dopowiedzieć, żeby szlabany skruszyć w gorączce i pośpiechu. Śmiejesz się do mnie szeptem najcichszym i palca gestem zapraszasz, lecz leżę wciąż. Niby sam, lecz nie samotny. W twoją myśl ubrany, tchnieniem w noc wysłanym obnażony… nie wiem… czy nagość własną w pościel otuliłem, czy tobą jestem okryty.
Ty wiesz… Wiesz, że cię usłyszałem, że w twoim zaproszeniu rozum zgasł, żeby się dostosować do panującego mroku, w którym ukryć się próbujesz.. Widzę cię, jak zmierzasz po spełnienie. Moje na twoim balkonie, czy twoje w mojej pościeli?

 

Bezduszne poszukiwanie z talerzem w tle.

Dodano 31 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Siedzę przy stole i zakrwawionymi palcami bębnię w metalowy blat. Umarł skurwysyn! Zanim zdążyłem znaleźć. Trudno. Następnym razem będę ostrożniejszy. No i teraz wiem już, że w kończynach duszy nie ma, więc ciąć nie będzie trzeba do gołego kadłubka, do tego kokonu w którym gdzieś ta dusza powinna siedzieć. Dobrze, ten kadłubek gdzieś trzeba zepchnąć, bo zawadza i nowe ciało żywe znaleźć. Tak, próbowałem tamować krew z tętnic lejącą się, kiedy odejmowałem nogi i ręce, członka z moszną, niby udało się ale jednak szok i ból trochę ten mój preparat zmęczyły i odebrały siły. Bez tego dłużej pewnie wytrzymałby moje poszukiwania. Następnemu zostawię kończyny i od razu wezmę się za głowę – tę całą galanterię ostrzygę – uszy, nos, oczy, język i co tam jeszcze się wynurzy. Potem? Potem, to trzeba się dobrze zastanowić, żeby nie napsuć okazów zbyt wielu, bo wreszcie ktoś się zainteresuje. Chyba otworzę mu brzuch i te podroby po kolei będę zdejmował. W końcu sikać już nie będzie wcale kiedy z nim skończę, więc bez nerek jakiś czas pociągnie, na obiad też go już nikt nie zaprosi, i o morskiej bryzie to musi zapomnieć. Może zdążę wyekstrahować duszę zanim skona kolejny, a jeśli nie, to dokończę badania na trzecim, czwartym, czy ilu tam będzie trzeba. Teraz zanotować, że kończyny nie mają związku z duszą, a szok jest zbyt wielki i dalsze badanie niemożliwe – w martwym ciele duszy nie znajdę.
Pot z czoła ocieram zakrwawioną dłonią, bo to ciężka praca jest, a preparat drze się wniebogłosy i wcale kolaborować nie chce. Ciało opór stawia i te wszystkie ścięgna, żyły, mięśnie kurczą się i trzymają tkanki tłuszczowej, kości… Ciężka robota. Zapaliłbym, jednak przemoczyłem krwią już trzy bibułki papierosowe, a tytoń nasiąknął czerwienią i nie smakuje – słodki jakiś. Czas umyć się chyba i pójść poszukać preparatu. Może dla odmiany damski? Może będzie więcej odporny? Dłużej wytrzyma? One tylko tak pozornie słabe są, ale to prawdziwe twardziele. Jak przyjdzie czaszkę otwierać, żeby mózg wysypać żyjący na blat stołu, to na pewno damski wezmę. Może nawet razem popatrzymy, jak się wije i pełznie po metalowym blacie? Poszukamy myśli ostatniej. Może tam dusza siedzi, gdzieś pod tymi pomarszczonymi galaretowatymi powierzchniami. Na razie przerwa, trzeba dać rękom odpocząć i zjeść wreszcie, bo się organizm dopomina. O! Animelki… jak znalazł na wieczór… skoro już tyle o podrobach myślałem.

 

Chcę więcej

Dodano 31 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Dasz mi miskę i strawy odrobinę ? Dasz mi nazwisko ale teraz jakie ono będzie. Rozglądam się wszędzie i wszędzie nasze razem zbudowało to co mamy a ty mi mówisz ze to wszystko nie jest prawdą ,że jestem jako pies który się przybłąkał i że wolisz inną, inne i zawsze wolałeś a mnie z łaski na uciechę jak walnąć w dechę, że mnie adoptujesz? Co się stało i dlaczego gdy na chwilę byłam odwrócona by pomyć brudne naczynia z obiadu jaki razem zjedliśmy. Odwróciłam się na chwilę a ty już nie obejmowałeś spojrzeniem mojego Tylka, nie obejmowałeś mnie w tali a gapiłeś się w ten malutki ekranik i śliniłeś na widok obrazków jakie tam zobaczyłeś i to zajmować cie zaczęło coraz mocniej, coraz bardziej i nie chodziłeś już z głową w marzeniach a w obrazach słowach które pojawiały się na tym małym uzależniaczu. Mieliśmy mieć dziecko, pamiętasz?, mieliśmy mieć dziecko, chcieliśmy je mieć i dlatego zdecydowaliśmy się zamieszkać razem ale jak mamy cos stworzyć gdy ja myję brudne talerze a ty już nie patrzysz na mój tyłek i nie pragniesz go tak jak , może kiedyś. Tyłek, nie wymagam byś pragnął słów moich , opowiadań ,pragnień potrzeb. Nie wymagam . Myślisz że zbudujemy cos z twoimi kochankami ? Że one będą chciały cos więcej ?

 

Propozycja.

Dodano 30 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Adoptuję panią, jeśli tylko wyrazi pani takie życzenie. Ofiaruję zupy talerz i kąt do spania, pluszowego misia jeśli będzie potrzeba i męską pierś, gdyby nadszedł czas na łzy. Stanę po pani stronie w każdej wojnie i wspólnie będziemy walczyć o pani prawdy. Niewiele. Wiem, ale nic więcej nie mogę zaofiarować uczciwie. Nie chcę obiecywać, czego dotrzymać nie zdołam. Suchy kąt do którego złe słowo dolecieć nie da rady, bezpieczny, spokojny sen, szklanka herbaty, żeby złe odegnać duchy i kapcie w przedpokoju czekające na pani powrót do domu. Tego, który może być też pani domem. A kiedy już usiądzie pani w fotelu i kolana kocem przykryje, a herbatą zacznie grzać dłonie opowiem pani dlaczego.
Nie. Nie ożenię się z panią. Po co pani taki ja za męża? Przyjdzie czas, to sam się znajdzie. Proszę się aż tak nie spieszyć. Widzę, że jest pani wzburzona, że piąstki zaciska i złym słowem we mnie chce rzucić. Bez powodu zupełnie. Doskonale pani widzi, że na męża ze mnie kiepski materiał. Zużyty i zdefasonowany. Po co pani przechodzony facet, któremu jak zwykle nie wyszło. Proszę poczekać i rozejrzeć się tam, gdzie szczęście przytula się każdego dnia i być może znajdzie pani to, czego pragnie. Nie mnie, którego już teraz chce pani wyklinać. Co byłoby za rok? Strach pomyśleć.
Myśli pani? To dobrze. Proszę się nie spieszyć… moje nazwisko? Chce pani, żebym jej dał nazwisko? Pochlebia mi pani. Oczywiście, że tak. Bo ja myślałem, że ze mną nazwisko umrze też, a pani… wielką przyjemność mi sprawia, niespodziankę, o którą prosić nie śmiałem. Nawet już i w spadku je pani zapiszę… Że co? Bać się? Nie, absolutnie… ukradnie je pani i pójdzie? Dobrze, proszę bardzo, niech pani idzie w zdrowiu i z dobrym słowem. A kiedy świat znowu dokuczy – proszę przyjść. Może wtedy panią adoptuję. Jeśli dożyję. Umierać, to mogę bez nazwiska. I tak nie miałby kto przyjść – chyba, że pani…

 

Igrasz z ogniem

Dodano 30 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Igrasz z ogniem. Proszę żebyś mnie nie ignorował. Żebyś dostrzegał. Powiedział, opowiedział, zrobił coś ponad rutynę ale ty wciąż to samo. Wciąż te opowieści, krążenie wokół księżyca i wokół tali a potem …znam to aż za dobrze i zaczyna mnie szlag trafiać. Albo się mną zajmiesz albo nauczona filmikiem w TV uwiążę cie na drągu a przyrodzenie obciążę wielkim kamieniem i będziesz tak dyndał na tym drągu aż ci przyrodzenie odpadnie. Ja albo one. My i one… to jeszcze by przeszło ale nic wiecej.

 

Oszlifowany do absurdu… do niebytu.

Dodano 30 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nie mam siły nawet szeptać, ale powiem, bo jest we mnie zdumienie, to, którego się wcale nie spodziewałem. Dlaczego? Potrafisz mi to wyjaśnić? Oglądam się daleko za plecy, tam, gdzie ty i ja dopiero opcją na MY było. Patrzę tym wspomnieniem wyblakłym nieco, może idealizowanym, ale tam już byliśmy MY – ty i ja, każde inne, żywe, odmienne, mające własnych znajomych, zainteresowania i pasje. Mieliśmy w sobie miejsce i otwartość na świat drugiej osoby, mieliśmy zgodę na nieznane, na niepojęte. W imię tego MY gotowi byliśmy przymknąć oko na wiążące się z akceptacją niedogodności. A potem… nikt nie wie kiedy okazało się, że jednak nie. Nie ma miejsca dla moich znajomych w twoim świecie, w tym naszym MY oni się nie zmieścili i zostali za drzwi wypchnięci i stają się coraz bledsi, już tylko na zdjęciach konturem wspomnień zaczepieni, ale przestali być głosem, zaczepką, pomysłem na jutro wspólne. Za drzwi ich wypchnęłaś stanowczo i tak dyskretnie, że dopiero dzisiaj zobaczyłem, że nie ma ich wcale. Że w MY nie pasują, może wzorek mieli nie pod kolor ścian, albo pachnieli nielubianą przyprawą… Smutek mnie ogarnął, ale patrzę dalej, na to MY, w którym kiedyś… pamiętasz? Gdy tylko zapytałaś mnie o sobotnie popołudnie, to palców u rąk zabrakło, żeby opcje policzyć, tylko przebierać, grymasić jak w szafie pełnej ubrań, kiedy czasu nadmiar pozwala na frywolne grymasy przed wyjściem. Gdzie one dziś? Nie ma tak chudej ręki, żeby policzyć pomysły, żeby idee i wybory odhaczyć. Nie ma ich wcale. One też… nie zmieściły się w MY. Gdzieś po drodze wytrzęsło je wszystkie i zostały w starych pamiętnikach, na fotografiach, przy których daty do dzisiaj szepczą – było takie kiedyś, gdy słowo w powietrzu zawisło i w pentagonie wyboru wygrało weekend we dwoje właśnie to miejsce, ci ludzie, ten czas… A dzisiaj MY puste jest od propozycji, od czasu dla dwojga wymyślonego w każdym możliwym tam.
Patrzę na siebie dzisiaj… Boję się bardzo… Bo to MY takie pazerne, takie chciwe, bezwzględne… W nim nie ma już miejsca dla mnie… nie ma mnie. Słowa ociekają uczuciami dalekimi od ciepła splecionych dłoni, czas spłoszony zerka na wspólnotę ciał i musi się mocno gimnastykować, żeby daleko za siebie spojrzeć, żeby przypomnieć sobie ową chwilę. Jeszcze potrafi, jednak pamięć doskonałością grzeszyć nie będzie. Patrzę na siebie, w tym MY zanurzonym, obdartym z każdej wartości, nagim, bezpańskim i bezpłciowym. Patrzę i trwogą zdjęty w ostatnim drgnięciu cynicznej logiki dostrzegam, że nie ma mnie – pożarło mnie to MY. Wczorajszy ja, zanim MY nastało dzisiaj scherlały i nawet na cień dzisiejszego ja się nie nadaje, nie pasuje nawet w ciemnym kącie MY… Zużyłem się dokumentnie. Ewolucja obcięła mi skrzydła i rogi. Teraz jestem gładziutki, jak polerowana z granitu kula w miejskiej ustawiona przestrzeni, żeby cieszyć wzrok turystów pobieżny.

 

Zasypujesz mnie.

Dodano 30 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zasypujesz mnie wszystkim. Obrazami, słowami, pocałunkami orgazmami a ja jak ta oślica sznurkiem byle jakim uwiązana do płotu, stoję i stoję i coraz bardziej oślica się staję a coraz mniej księżniczką którą tu wniosłeś na rękach.

 

Naszyjnik z łez.

Dodano 29 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Siedzę, z ręcznikiem na kolanach, a w nim koralików ze trzy kiście może i tylko czekają, żebym je nanizał na igłę i puścił hen na drugi koniec dratwy. Mam jeszcze; w ojcowych szpargałach znalazłem i mam. Ostatni kawałek, który oszczędzałem, bo teraz już takich nici nie robią, teraz nylon, długie spirale polietylenu wyciągnięte w żyłkę wodoszczelną, lecz ona tak nieprzyjazna, taka wroga i ciała nie lubi. I kiedy z płaczem przyszłaś, że wysypały się paciorki, że niczym faraonki rozpierzchły się po podłodze i pod dywan, pod meble, w najmniejsze nawet szpary – cóż miałem zrobić? Zbieraliśmy wspólnie te paciorki i twoje łzy, aż szlochać przestałaś, bo i tak oprócz mnie nikt nie słyszał, z pomocą nie spieszył. Nikt mnie nie uczył, jak groszki z podłogi zbierać, jak je na powrót w całość poskładać, lecz kiedy patrzę teraz jak śpisz, a jeszcze we śnie oddech masz poszarpany emocją, to wiem, że skończę, nim się obudzisz, żeby na karb snu złego poszły te twoje łzy. Może uda się przytulić ciebie tak mocno, że zapomnisz czas, w którym korale rozbiegały się wrzeszcząc, gdy od twardej podłogi się odbijały podskakując wściekle i szukając skrytek w mysich dziurach. Nie przyznam się nikomu, że kłopot mam wielki z tymi koralikami, choć one piękne są przecież, lecz dziurki mają malutkie, a ja oczy zmęczone bardzo. Śpij, dam radę, jeszcze dam…
Dłonie też trochę zbyt kostropate, za szorstkie i nieprzywykłe do takich delikatesów, bom w końcu nie zegarmistrz, czy aptekarz. Twarde łapy, paluchy grube, to i koralik w nich ginie bez wieści. Może wszytskieśmy wyzbierali, kto wie… dobrze byłoby… Kolejny sfrunął po nici i następny zaraz za nim. Kolorowe, gładkie jak twoje policzki i świecące jak oczy kiedy się śmieją prawdziwie. Prawie nie patrzę, bo dziurka zbyt mała, lecz igła trafia bezbłędnie w tę skazę na gładkiej powierzchni i kiść pierwsza już się szamocze na sznurka końcu. Patrzę na ciebie śpiącą, na te korale, co niczym wspomnienia o ludziach napotkanych i zdarzeniach minionych… wiele by opowiadać… może zdążę, może będziesz chciała usłyszeć. Opowiem wtedy, a teraz jeszcze jeden koralik – niebieski jak oczy pewnej pani, której nie wolno zapomnieć, i następny, taki zielony, jak sukienka mojej matki, kiedy latem… ale to potem, teraz koraliki, zanim się obudzisz. Kolejny i jeszcze jeden, druga kiść już się wije wzdłuż dratwy, a ja bez pośpiechu, konsekwentnie i całkiem bezgłośnie nadziewam wybierając na szczęścia los z kieszeni ręcznika. Szaro już się zrobiło, więc oczy zupełnie już zbędne do tej roboty precyzyjnej i monotonnej, aż w końcu ostatni z korali dołączył do poprzedników i tylko związać i resztkę dratwy odciąć i już. Prostuję się widząc, jak w półmroku świecą się twoje oczęta. Porwałaś w rączki korali sznur i pobiegłaś szczebiocząc radośnie, więc się udało. Znów się udało zapomnieć nieszczęście. A ja… jeszcze te łzy pozbierać muszę, ale dratwy już mi zabrakło… na co nanizać, żeby się nie pogubiły? One są takie niewinne, że żal ich strącać na dywan.

 

Bezgrzeszna noc.

Dodano 29 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Gniewaj się, jeśli musisz. Trudno, zmienić przeszłości nie potrafię. Mogę tylko opowiedzieć, jeżeli słuchać mnie zechcesz, zamiast dąsać się i nos marszczyć srodze. Wiem – facet, który na noc do domu nie wraca, to pewnie wódkę pije z kolegami i jakiś mecz ogląda. Gorzej jeszcze, kiedy wódką nie śmierdzi, gdy wraca, bo na dziwkach był niechybnie. A ja… nie śmierdzę… biada mi, bo wracam o poranku i nie śmierdzę, ale powiem uczciwie – nie chciałem w całodobowym gorzałki kupować, żeby zaśmierdnąć jak należy. Nie chciałem, bo jeszcze mam w głowie obrazy, których deformować nie życzę sobie. Wracałem obok tego parkingu, przy którym malutki kiosk stoi, a w nim stróżówka, co chronić ma przed deszczem weterana, który swoim dostojeństwem strzec ma bezpieczeństwa samochodów tam stojących. Bo przecież nie siłą mięśni, nie gazową zabawką, która wobec zdeterminowanych młodziaków wyznawców szkoły o profilu siłownia, czy dyskoteka. Wszedłem, gdy zmierzchać zaczęło. W środku tłok, bo tłok tam bywa nawet kiedy nikogo nie ma. Półeczka, telefon, czajnik, stoliczka ogryzek i blada lampka, co mroku rozproszyć, nawet w środku nie daje rady. Trochę gazet, jakieś krzyżówki, książki…
- noc długa – westchnął ramionami wzruszając – a zdrowie nie pozwala raczyć się trunkami do świtu.
Uśmiechnął się smutnie i herbatę zaproponował, a ona czarniejsza od najczarniejszej kawy i mocna tak, że aż mi język spuchł po pierwszym ostrożnym łyku. Patrzyłem milcząc, w bezruchu tkwiłem, żeby nie wypchnąć tej resztki powietrza utrzymującej się wewnątrz.
- nieprawda to wszystko – wyszeptał – nieprawda… nie da się czytać każdej nocy, nie da krzyżówkom uwagi poświęcić, gdy świeczka licha, a noc taka długa. Powiem, prawdę powiem, bo tobie mogę. Snu mi wiele nie trzeba i spać w nocy nie muszę, wystarczy o poranku na chwilę we własnym łóżku położyć się, żeby zebrać snu na kolejną dobę. A tu? Udaję, że czytam, że żyję udaję, ale naprawdę, to czekam nocy. Tej głębokiej, uśpionej, takiej, w której pojedyncze, spóźnione kroki są już wystrzałem, eksplozją rozcinającą noc. Wtedy chowam książki, odkładam krzyżówki i biorę ołówek, kawałek kartki i oczy zamykam. Siebie zamykam w próżni i we wspomnień świat się cofam i szukam widzenia. A potem… Maluję witraże. Czarną kreską witraże maluję do kościołów, których jeszcze nie ma. Czarną kreską barwione szkło maluję i dzielę je na fragmenty potłuczone, ostre, kaleczące oczy i język. Ze wspomnień własnych mozaiki układam i maluję do świtu aż. Dopiero, kiedy kręgosłup upomni się o drobny ruch, obejdę niespiesznie ten placyk po dwakroć, odetchnę czystością nocy i wracam, żeby dokończyć. Mam już gotowych witraży na wszystkie nieistniejące kościoły, na szpitale dla dzieci i hospicja. Mam do muzeów i szkół… Kolejny wczoraj zacząłem, jeśli zechcesz zobaczyć… nikt nie chce, nikogo drżąca ręka rencisty w zachwyt nie wbija. Pokaż palcem który, a zanim go cofniesz twój będzie jeśli tylko chcesz.
Siedziałem noc całą i nie kłamał wcale. Oglądałem barwne mozaiki czarną malowane kreską, oglądałem pejzaże i sceny, świat, który nawet jeżeli nie istniał, to mógłby. Bo to świat, w którym mieszkać się chce. Oglądałem, aż mi oczy wyschły i wtedy dopiero zobaczyłem, że świt już w okna puka. A kiedy zapukał… z witraży zniknęły kolory, barwy dzień zabrał wszystkie i tylko czarne kreski drżącą ręką postawione na prostokątach brystolu zostały. Wziąłem jeden, pierwszy, który na wierzchu leżał, a łzy w oczach miałem, że tak na zatracenie poszły, kiedy dzień się zbudził. Wziąłem ze sobą, lecz nie wiedziałem, czy nie zepsułem, czy jak kliszę fotograficzną nie spaliłem na słońca głód je wystawiając.
- nie przejmuj się – szepnął na do widzenia – kolory wrócą, noc wróci też, witrażom nie potrzeba tak wiele światła – one chcą świec ubogich… nie słońca…

 

Postawisz nogę na ziemi?

Dodano 28 sierpnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Znudziło mnie. Ten kurz, który nie ma jak się z miasta wysypać, te ulice wciąż przewidywalne, skończone i kanciaste prostopadłościanami, co antenami ranią moje ciało migdałowate. Bezkres bezsensu. Zmęczony życiem w haremie niewolnym, pośród czerwi i trutni poczułem konieczność. Nie potrzebę, ochotę, czy mikrą chętkę, ale konieczność. Wyrwać się, uciec, zostawić za sobą cały zgiełk, wyścigi, oszustwa. Zostawić bezpłodne słowa i czyny smaku pozbawione. Napluć na towarzyski blichtr, na pobieżność. Symulowany śmiech, wymęczone zainteresowanie, napędzony alkoholem animusz. I przechwałki głosem rosnącym w siłę z gęstniejącym mrokiem. Rozebrać się z szumu informacji i wyjść, drzwi zatrzaskując za sobą, żeby nie pociągnąć ogona, żeby echo tego świata zatrwożyć, niech za mną nie idzie. Utopić każdą plastikową znajomość, rozsypać hieroglify cyfrowego harmidru. Po co mi to wszystko? Te konwenanse, to udawanie, dyskusje bardziej jałowe niż opatrunki. W dupie mam mitologię dla tłumu malutkich spłodzoną, dla motłochu, co goni nim zdoła pomyśleć dokąd. Trzaskam na odlew, żeby struchlało życie pozorne. Bezczelnie, nie patrząc jak merdają słowami ci, którzy stąd wyjść nie zdołają już nigdy, bo niewidzialne obroże wrzynają się w ich ciała bezwolne. Zamykam miasto na klucz, wytrychem na kamieniu wyklepanym, żeby wrota trzymały mocno. A kiedy już do wody miałem go wyrzucić, gdy już plecami do drzwi stanąłem i pierwszy haust powietrza dzikiego nabrałem w płuca, zaśmiałem się. Z siebie i głupoty własnej. Po cóż te wrota zamykałem? Po co klatkę więzienną, gdy wewnątrz kanarki trele niosą, ale one wolności już nie udźwigną, już zapomniały… Otwieram na oścież i patrzę jak przerażenie w oczach rośnie, kiedy zamiast geometrycznych podłóg kurze klepiska drogę dalszą znaczą. Widzę jak cofa się oczu szereg wystraszony, kiedy zamiast ścian klimatyzacją spoconych, wiatr bezpańsko hula kolebiąc drzewami i chmurom wydzierając podbrzusza. Rzuciłem wytrych pod te nogi spłoszone i ramieniem wzruszam – niech idzie każdy, komu odwagi wystarczy. Tylko słowa niech na tych wrotach powiesi nim wyjdzie.
Może ty? Chodź ze mną! Zostaw walizki, weź życie i chodź, więcej ci nic nie trzeba.