Kroki poprzez noc.

Dodano 30 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Widziałem, jak szłaś. Powoli i ostrożnie. Zupełnie, jakbyś bała się, że za chwilę świat pokruszy się na drobne i trzeba go będzie na szufelce do śmietnika wynosić. Jakbyś myślała, że szpilką obłędnie czerwoną możesz rozpęknąć uliczne granity i wybuchnąć wytrzeszczone męskie oczy, aż się witrynami sklepowymi echo powieli i trzaśnie szkło każde i metal się spopieli na rdzawą trocinę. A tymczasem nic. Nie dzieje się nic i wydarzyć się zapewne nie zdoła. Idź, gdzie iść miałaś i rób, ale tak, żebyś się nie wstydziła wieczora o poranku. Jeśli potrafisz tak noc spędzić choć jedną. Nie będę pytał, ani dokąd, ani z kim, ani za ile. Widzę wystarczająco wiele w tym spłoszeniu twoim, kiedy ukradkiem, chyłkiem przestrzenie przemierzasz i drepczesz w szpilkach czerwonych, a niejako na paluszkach. Nie będę palcami tykał, boś może głodna, albo dzieciom do szkoły na kredki zabrakło, może choremu ojcu na leki zbierasz, a zamiast żebrać we łzach wybrałaś wstyd zaciśniętych do krwi warg. Może nie znalazłaś metody, żeby uciec w objęcia komfortu, w lenistwo sytego pępka i kaprysami odmierzanych dni. Może wręcz dumna jesteś ze swojej niezależności i fałszywie chełpisz się własną samodzielnością, czy zaradnością, a wulgarnym mottem pod nerwowy śmiech co dzień zamiatasz łzy, które wrócą – kiedyś wrócą, lecz nie teraz. Widziałem, jak patrzyli za tobą ci wszyscy królowie życia, gdy mijałaś ich z podkulonym ogonem, jak zerkali ciekawie i ukamieniować cię chcieli ofertą w złotówkach wyrażoną. Pogardliwą bardzo. Nie po to by samczy głód zaspokoić, lecz aby sponiewierać, upodlić i na kolana cię rzucić, żeby nacieszyć się i publicznie upokorzyć. Szłaś w czerwonych szpilkach, a spłoszona tak, jakbyś bosa uciekała, i zapewne uciekałaś ostrożnym, krótkim krokiem na nierównych kostkach, z obawą, że skręcisz nogę, albo szpilka zostanie uwięziona na wieki pomiędzy tymi kostkami. Widziałem jak uciekałaś do tego wieczora dzisiejszego, a zapewne lepiej nie wiedzieć, jakim się skończy, jak oszukujesz własną głowę wyszukanym drinkiem, jak zapychasz usta najpierw egzotyczną potrawą, żeby nie czuć smaku ostatniej na ten wieczór przewidywanej. Widziałem jak szłaś ostrożnie w bardzo nieostrożną noc.

 

Zamknij na mnie oczy choć chwilę.

Dodano 29 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zostaw mi oddech proszę. Nie zabieraj wszystkiego. Zostaw choć tyle, jeśli aż tak pazerna jesteś. Nic więcej do życia – oddech zostaw proszę. Bez tego uduszę się twoją czułością, twoją bezwzględnością i obojętnością też. Zostaw mi oddech, żebym mógł. Żebym poczuł że mogę, nawet kiedy chcieć nie będę. Często wystarcza świadomość wiesz? Już nawet robić nie muszę, kiedy wiem, że mogę. Sama świadomość uskrzydla mnie i daje pożywkę – karmi moją głowę obrazkiem cudnym, jak wakacyjne wspomnienie, które już o komarach nie pamięta, o wilgotnych skarpetach i spoconych plecach. Zostaw mi oddech, żebym uwierzył, żebym przypomniał sobie, że oprócz wad tak licznych mam jeszcze zalety – niechby jedną i malutką, ale że mam. Że nie jestem odpadem, który zapomniałaś wyrzucić, kiedy z kubełkiem na śmietnik szłaś. Jedną malutką zaletę pozwól mi mieć, żebym ją postawił na odkurzonej twoją ręką półeczce i niech mi wiekuistą lampką świeci jako ten diamentu okruch pośród miliona ton błota. Pozwól być człowiekiem, który pragnie, pożąda i chce. Cokolwiek, ale własną duszą pchany, nie cudzym nakazem, nie definicją w obcych ustach zredagowaną. Pozwól mi proszę na niedoskonałość. Na brudne buty, kiedy wracam ze spaceru i spoconą koszulę, na słowo pasją uszyte, nawet, kiedy jest zbyt głośne i kaleczy ciszę wulgarnością. Pozwól mi na milczenie, które… krzywdzi cię? Milczenie moje jest twoim problemem? Ja myślałem, że za dużo gadam, że w słów powodzi zaginęłaś już dawno…
Wdrapujesz się na mnie mozolnie i nieustępliwie, zasiedlasz i kolonizujesz wszystko, co po drodze napotkasz. Żadnej oazy nie zostawisz bez piętna twojej szmatki, szczotki, czy krytycznego spojrzenia. Nic we mnie mojego już nie ma, a ja w kagańcu powinności, na smyczy układności i oswojony jak pies, który zapomniał wilcze pochodzenie tak dalece, że po nocach myśli na cholerę mu zęby wyrosły, skoro mięso z puszki jest takie miękkie? Pamiętasz? Ja też miałem zęby, kiedy znalazłaś mnie i wspólny krok udało się nam wystukać w kocich łbach. Ja też miałem w oczach obłęd księżycem podniesiony do agresji, a marzeń mieściło się w nich więcej, niż świat był gotów udźwignąć. Wiem, głupi byłem, nadmierny, bezzasadny wręcz byłem i jestem nadal, lecz proszę – zostaw mi oddech do życia. Nie piętnuj, nie kalecz, drutem kolczastym ogradzając pastwiska, pozwól oddychać oddechem cygańskiego dziecka, pozwól na nieuczesanie, na beztroskę, na chaos nawet. Jeden, malutki chaos pośród tyraliery wysprzątanych elementów, takie zaburzenie, które ciągłość łamie i monotonię wyrywa ze snu nieprzewidywalnością. Wolą i chęcią, która uzasadnienia mieć nie będzie – pozwól na bezzasadność.

 

Pieniądze.

Dodano 29 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Dowiedziałam się a nie wiedziałam wcześniej , gdzie podziewają się pieniądze, gdzie giną chociaż być powinny w naszej wspólnej skarbonce a one, one dla przypadkowej… chyba jednak nie … zaplanowanej ,dziewczynki po kamieniach wieloma nogami ubijanych ,stąpającej. Ja nie umiem grać na harmonijce. Dawniej, bardzo dawniej ,zagrałam jeden koncert dla wielu ludzi ale byłam tak nim oszołomiona ,że nie całkiem pamiętam. Ja tą twoją dziewczynkę, może namalowałam a potem ów obraz sprzedałam i miałam na hotel, papierosy, wódkę i prezerwatywy. Powiem ci coś, ty mój pod jednym dachem mieszkający. Powiem , pytając. Nagle nie ma tu tych wszystkich kobiet z którymi bezrefleksyjnie kopulowałeś. Gdzie one są teraz, gdzie macie schadzki ,bo że macie czuję moja intuicją kobiecą. Przecież nie są jak myszy pochowane w zakamarkach z okruchami płatków śniadaniowych w łapkach malutkich a zręcznych.

 

Na drobnej położyć ręce.

Dodano 28 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

I to niby ja jestem tym, co się w czepku urodził i gołębie srają mu do kapelusza, kiedy gra rzewne melodie na harmonijce ustnej, gdzieś w kącie ulicy, blisko rynku, po którym drepczą niespiesznie ciekawscy z całego świata i chcą zdjęcie machnąć na pamiątkę, że takie dziadostwo tutaj, że muzyk stać musi pod murem i dmuchać w amatorskie dziurki amatorskiej harmonijki, żeby mu wystarczyło na mielonego, bo na schabowego, to chyba płuca wypluć trzeba by i za to pobierać gratyfikację. Stoję i patrzę podczas tego grania, jak mi żylaki nabrzmiewają i przerwy robię co rusz, bo rumuńska dzieciarnia wykrada mi z kapelusza drobne monety, gdy tylko brzdęknie odrobinę grubiej niż tutejszym, żółtym drobiazgiem. Utykam po licznych kieszeniach bilon z całego świata, a kieszeni mam ze dwie nieskończoności przy sobie – specjalnie tak rozkładam, żeby na czarną godzinę, kiedy nadzieja zgaśnie, a ja drapiąc się… no… drapiąc się, trafię paznokciem na owal pieniążka, żeby wystarczyło na kromkę chleba, albo na cukierka w papierku. Bo czasami chcę dać cukierka tej dziewczynce, która z mamą chodzi przez rynek tak niepewnie, przy ścianie i spłoszona jest nawet spojrzeniem, więc zapewne ktoś ich skrzywdził wielce i teraz obie takie wystraszone. Daję cukierka dziewczynce i uśmiecham się serdecznie, ale wolę się nie odzywać, bo minę ma niepewną, jakby się rozpłakać chciała, więc milczę. I w tych kieszeniach mam tych cukierków kilka, może nawet więcej niż monet błyszczących, ale daję po jednym, żebym jutro też miał w kieszeni, kiedy będą szły. A to jak zwykle bardzo niepewna jest historia – czy przyjdą, i czy ja cukierka jeszcze mieć będę. Dlatego kupuję od razu pięć, a jak mi się poszczęści, to nawet osiem cukierków kupuję i wtedy jednego zjadam. Żeby zobaczyć, czy dobre, czy smakować będą tej dziewczynce. A resztę rozkładam, jak ten bilon drobny i czasami nawet już nie pamiętam, czy mam i gdzie schowane. Za to w sklepie, kiedy wyjmuję grosiki z wciąż nowych kieszeni, to czasem zlituje się jaka duszyczka i dorzuci, albo machnie ręką na brakującą resztę i dostaję rabat z szacunku dla mojej biedy i tych kieszeni nieprzeliczonych, w których szukam wytrwale i z pełnym przekonaniem, że są tam pieniądze i że wystarczą na jedzenie, na cukierka, że pozwolą jutra dożyć i harmonijka zagra głośniej niż puste kiszki. I kiedy myślę o tej dziewczynce, to w oczach jej matki dostrzegam, że wolałaby dostać kotlecik mielony i zjeść go ze mną, ale przecież nie pozwoli się poczęstować, zaprosić, czy wziąć ode mnie całego kotlecika, choćby był mały. Bo ona widzi, że nie stać mnie na dwa. Ale nazbieram. Kiedyś nazbieram i przyjdzie japońska wycieczka i Niemcy ze mnie się śmiać będą, a ja do zdjęcia z nimi i w kapeluszu, jak włóczykij z bajki dla dzieci stać będę i szczerbatym uśmiechem okraszę te ich selfie, czy monidło, czy landszafcik – jeden czort jak nazwą obrazek i komu chwalić się będą. Bo ja kupię dwa mielone. Całe dwa i wezmę serwetkę i będę czekał, aż przyjdzie ta pani z córeczką zatrwożoną i dam jej kotlet bez słowa, żeby miała po mnie wspomnienie. Malutkie wspomnienie i nadzieję, że nie każdy dzień musi być głodny. A teraz dmucham w tę harmonijkę rzewne melodie z rosyjskich romansów, a obok cygańska kapela, obok pani z panem grają na smyczkach modne melodie, obok z akordeonem stoi pan co do futerału wielkiego też drobne monety zbiera, a tam przy rogu stoi śpiewaczka i gitarzysta zaraz za tym rogiem śpiewa swoje nadzieje. I każdy zbiera. Na kotlecik. Ale nie każdy zbiera, żeby dziewczynce dać w serwetkę zawinięty. Nie każdy jest taki wytrwały.

 

Od śladu na podłodze po śmierć.

Dodano 28 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Tak wiele słów o śladzie zostawionym na podłodze. Nieistotność ubierana w słowa dla nieznanego mi celu. Temat zastępczy taki . Temat oboczny to taki ,żebyśmy ze sobą nie rozmawiali. Rozmawiali obok siebie . Słowa rzucając obok siebie. Rzucali słowami bo jeśli je rzucać , usprawiedliwienie automatyczne, że się nie trafia. Gdy słowa z namaszczeniem kłaść wtedy jak uciec od odpowiedzialności, że położone jednak nie tak i nie tam i … Nie umiem nadążyć za tokiem twoich myśli bo kogo one dotyczą gdy o garnku brudnym w zlewie prawisz a kogo gdy o pomniku , może spiżowym w parku… na który chcesz zasłużyć by ci potomni postawili ? Chodź z przekrwionymi oczami po wielkim pijaństwie. Chodź i usiądź . Herbaty ci zrobię z cytryną i kanapkę, może z serem, może z twarogiem może z wędliną jakąś. Ktoś zaopatrzył lodówkę. Ktoś a my tak dawno nie robiliśmy zakupów razem bo ty chcesz udawać że nie musisz jeść bo jeść nie uchodzi, nie musisz pić bo pić nie uchodzi bo ty żywisz się okruchami cudownych istot jakie wskrzeszasz wyobraźnią i których w pokoju czasem tak dużo, że oddychać już nie ma czym i widać nic nie jest. Tak siedzę i patrzę jak pijesz i uśmiecham się… ile ty byś dał ile dajesz codziennie by tak bardzo nie potrzebować i tak bardzo nie musieć . Wiesz spotkałam na ulicy i zaczepiłam, rudą kobietę z piegami. śliczna taka i ma w ślicznym kształcie śliczne litery. Pewnie byś ją wykorzystał by siebie dowartościować kolejna zdobyczą więc jej mówię by uważała , by chodziła inną ulicą bo ty … właśnie… ty…
Jak myślisz… czy tego roku urodzę jakieś dziecko ? o prawdziwym już niemal zapominam. … zastanawiałam się , zastanawiałam się czy kobiecie która zabija swoje dziecko nie śni się nigdy jego krzyk. Przecież to maleństwo musi strasznie krzyczeć, rozrywane na kawałki, szarpane, zabijane powoli. Jak myślisz czy im śni się ten krzyk ?

 

Bez zmysłów całkiem nieomal.

Dodano 27 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Spojrzałbym pani w oczy, gdyby była pani tak uprzejma i odwróciła się do mnie tym fragmentem, który owe oczy zawiera. Mogę względnie objeść dookoła i poszukać, ale o wiele łatwiej byłoby, gdyby pani osobiście…. Ach tak? Już to pani uczyniła? Przed powitaniem nawet? Przepraszam – odrobinę niedomyślny jestem, a i ze wzrokiem u mnie nie najlepiej. To dlatego tak się wytrzeszczam, jakbym pierwszy raz w życiu z kobietą rozmawiał. Próbuję dostrzec panią poprzez te mgły, co przede mną się toczą, ale tylko kubaturę widzę i nawet nie potrafię powiedzieć, czy fascynującą… a chciałbym. Oczywiście, że chciałbym, bo ja uwielbiam kobiety, a one wręcz są stworzone, żeby im miłe słowa mówić i powtarzać je, póki sił w płucach. Więc zapewne jest pani fascynującą kobietą, jednak chwilowo mogę to powiedzieć wyłącznie na podstawie pani głosu. Uwieść nim zapewne zdołałaby pani nawet pomnik Erosa na koniu – tego tu, z parku, który stoi dniem i nocą i nawet zimą nie szczęka zębami, tylko naciąga mosiężną cięciwę i strzałami mierzy w przechodzące bóstwa młodsze i starsze. W zasadzie, to w każde bóstwa wali bez litości ten Amor. A ja siedzę na ławce, bo nogi również już nie takie, jak trzeba i tylko patrzę i wzdycham, bo mnie trafione bóstwa omijają nie widząc nawet. Pani pierwsza się tu przy mnie zatrzymała, jakby więcej odporna, a może słabo trafiona? Eeee… on nie chybia, więc co? Że niby dla mnie panią pocelował, czy też całkiem pani pomysłu nie ma, komu swoje drżące serduszko w dłonie włożyć i mam pomóc? Sam mam je chwycić?
Nie? Nie o to chodziło? Ach – drogę na dworzec mam pani pokazać… No widzi pani, jaki ja niedomyślny. Przygłuchy cokolwiek i ślepy. Dobrze, żem pani za to serduszko nie pochwycił, bo już bieda byłaby murowana, a ów Kupidyn śmiałby się do stycznia chyba, że mi takiego psikusa wywinął. Bo ja tu, na tej ławeczce codziennie siadam i patrzę, jak on strzela do tych wszystkich pięknych kobiet, to i pomyślałem, że trafił panią na zabój. Co dzień patrzę, jak wyjmuje te strzały z kołczana i wali gdzie popadnie, a dziewczyny, to tylko piszczą, podskakują i lecą gdzie zaraz potem, albo w zadumę i melancholię popadają, żeby popłakać, w wodę popatrzeć i zbierać liście do jesiennego wazonu. Ja z tej ławeczki, to nawet się nie ruszam, bo mi sił brakuje, ale dworzec, to pani bym pokazał, bo on piękny bardzo i całkiem niedaleko. Pokazałbym i nawet poszedł z panią, ale zapewne aż tyle czasu pani nie ma, żeby ze mną kuśtykać, a ja szybciej nie dam rady. No i ten… dworzec, to ja go tak dawno widziałem, że już mi się całkiem miesza, w którą stronę iść trzeba.
Że gaduła jestem? I pociąg już uciekł? Cóż poradzić pani w takim nieszczęściu… a może… może tu obok na ławeczce usiądzie pani a ja opowiem świat dla pani specjalnie, skoro już nigdzie się pani nie spieszy… opowiem o Kupidynie i tych codziennych jego podchodach…
Że co? To Chrobry jest? Nie? Nie może być… Jak to Chrobry w parku…

 

Szeptem nieśmiałym zapytam.

Dodano 26 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Myślisz, że mogłabyś? Zostać ze mną, chociaż garnki w zlewie nie umyte, a na podłodze ślady używania podłogi…? Nogami… Moimi nogami używałem tych podłóg, bo pójść musiałem natychmiast do szafki, bo tam w koszulach schowałem wspomnienie na dzisiaj, a w szufladzie teraźniejszość zamieszkała i chciałem wiedzieć, czy mogę już zadzwonić po tę teraźniejszość, żebyś przyszła do mnie wreszcie i żebym ci opowiedział moje odnalezione wspomnienia. Dlatego poszedłem w butach, a nie bosą stopą i ślad zostawiłem na podłodze. Piaskiem z podwórka, może jakąś trawą przywiędłą, albo przekleństwem obcego w kamyczku zaznaczonym? Nie wiem, nie zastanawiałem się, bo to jakoś poza mną jest takie myślenie – wiesz o tym dobrze, że kiedy gorączka myśli mnie dopadnie, to chaos rośnie szybciej niż ja go zrobić potrafię, bo on echem oddaje moją niecierpliwość, moje emocje powiela, przemnaża, lub wręcz potęguje. Wiesz o tym aż za dobrze. Bałem się zapomnieć, bo przecież ty ważna jesteś, a nie jakiś ślad piaskiem zaznaczony na podłodze i to wspomnienie, które dać miało temat do rozmowy, zanim słowa staną się zbędne, lub tak śpiące, że położą się w kąciku jakimś i zakwilą z samotności i zwiędną suchym liściem, gdy my cieszyć się będziemy milczeniem wzajemnym. Stos prania w koszu, zmieszany zupełnie jak ja, kiedy ty wyciągasz je i dziwisz się, że mogłem aż tak zmotłoszyć koszule ze skarpetami, a czapkę zimową wrzucić na sam wierzch poszewek z poduszek mało kiedy używanych. Naprawdę mogłabyś zostać pomimo tego, że w lodówce oprócz światła i szronu mieszkają trzy butelki, dwie puszki i siedem (SIEDEM) konserw??? Nic więcej, ani masła, czy śmietany, żadnego jogurtu, żadnej zupy, kompotu i galaretki – tylko zamrożony kawał dziczyzny, sprezentowany kawał mięcha, którego nie mam kiedy przyrządzić, bo ono wymagające i pół dnia trzeba, bo byle jak, to od razu w kosz trzeba wrzucić i nie udawać. Dobrze, że okna chociaż umyte. Specjalnie, bo tak sobie pomyślałem, że okien, to już byś nie przeżyła i więcej do mnie nie przyszła – okna, żeby zobaczyć, jak psy na podwórku… oszczędzę ci opisu, one są tam tak często, jak im pozwolą właściciele , a ci nie bardzo chcą, a jeśli już, to owym psom po cichu zazdroszczą bezpośredniości – przecież widzę z tego okna świeżo umytego, jak się do siebie ślinią bez słowa i żadne odwagi nie ma, żeby napocząć ten związek krótki i ognisty, żeby skowytem wypełnić przestrzeń życiową – jej? Jego? Nieważne – wypełnić wbrew światu nawet, ale ku własnej chwili szczęścia napisać arię na dwa głosy i wyśpiewać ją rozstrzeliwując wszystkie szyby w okolicy, a psy niech się uczą jak radość wygląda spełniona. Naprawdę chciałabyś zostać?

 

Głód życia.

Dodano 26 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zamówiłem życie. Na wynos i bez dodatków. Tylko przyprawy. Pikantne, ostre, jak wiatr arktyczny i palące jak słońce Saharę. Zamówiłem bez głębszego zastanowienia i czekam w kolejce, aż kucharz zapakuje w papierek moją porcję i będę mógł już pójść w jakiś zakamarek intymny i odpakować to życie na wynos, dla mnie przyrządzone i oddać się ekstazie konsumpcji. Zamówiłem życie dziewicze, mimo, że pikantne. Skromne i ubogie w materię. Takie małe, zaściankowe, nie wielkopańskie. Bo ja to życie chciałem zabrać tam, gdzie trawa śpiewać potrafi, a ogień mruczy kocim mruczeniem kołysanki. Tam, gdzie gwiazdy zakradają się poprzez szpary w deskach stodoły wprost na siano, w którym żyjątka drobne czekają na młodzieńcze ekstazy, żeby skorzystać z okazji i upić się krwią gorącą od uczuć. Zamówiłem życie dla siebie i dzielić się nim nie chcę z nikim, jak skrajny egoista, jak dziecko, co tylko wyłączność zna i nie po drodze mu z tolerancją, zrozumieniem, dzieleniem się ze światem. Nie. Malutką porcję życia zamówiłem. Dla jednego, nie do końca przekonanego konsumenta, który teraz nieśmiało do środka zagląda, czy służy. Czy smakuje takie życie na wynos z obcej kuchni. Życie w papierek tłusty zawinięte, świata nieznające i dopiero teraz wychyla się ono na zewnątrz i ciekawością własną dotyka. Mnie dotyka. Poznaje i oswaja. Ze sobą. I siebie ze mną oswaja, zanim decyzję podejmie, czy chciałoby z takim mną zamieszkać i dzielić się, choć na razie samosią jest wyjątkową. Lecz już w moich rękach, już rożek papieru odkrywam, a pod nim życie tętni. Czy dla mnie? Czy nie za gorące, za pikantne i szczyptą soli wystarczającą pokryte? Nie wiem. Nie wiem, jak nie wie nikt na świecie, komu kucharz życie w rękę włożył i dopiero, gdy papierek pusty na śmietnik się wyrzuci i do tyłu obejrzeć się przyjdzie, to widać, czy służył obiad, czy wystarczył, czy zbyt ubogi, dietetyczny, albo nadmiernie syty, do rozpusty wiodący drogą najkrótszą i wcale nie chwalebną. A ja? Mam w papierowej tytce życie zamówione, obcą dłonią sprawione i teraz moim być ono może, jeśli się sobie wzajem spodobamy, jeśli uśmiechem uwiedzeni podamy sobie dłonie, żeby ten mizerniutki świat wokół zagospodarować i wypełnić nami. Po kres rzeczy, po ostatnie słowo nienapisane i po westchnienie, które gasi dzień ostatni. Co z tego, ze z fast foodu? A niechby i z drugiej ręki – to co?

 

Mówią ,że tak jest dobrze,

Dodano 26 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

że gorzej gdy słowa usychają niczym zmęczone wyglądaniem słońca krzewy w kącie ogrodu…Nie będę odbierała ci farb, kredek jakimi malujesz. zostawiasz je na stole więc wziąć może każdy i namalować co zechce a ty tak pięknie udajesz ze nie robi to na tobie żadnego wrażenia.Jak ty pięknie udajesz. Tak pięknie nie udaje nikt inny kogo widziałam i co zawsze mnie fascynowało zadajesz kłam prawdzie, że to kobiety mówią wiele. Staram się, czasem staram się z dobrą wola zacząć mówić.i widzisz jak to się kończy…ty …a ja …Byłam na badaniu . Będę żyła. Nic mi nie jest i nawet mogę jeszcze urodzić dziecko ale …

 

Wyblakły fanfary nieosiągalne.

Dodano 25 września 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zaprosiłaś mnie do kłamstwa. Ubrałaś mnie w nie moje szaty i zaprosiłaś. Za rękę mnie wiodłaś przez ciemne korytarze i pokazywałaś, jak za szybami, za oknami, za judaszowymi oczkami świeci się piękno. Ulotne, oszukańcze, zwodnicze. Świeciło mocno. Wszędzie. Widziałem ten blask i aż mokre oczy miałem od przepychu, od wielkiej obfitości wyrosłej na tym nawozie. Szedłem za tobą, trochę prowadzony, trochę zaciekawiony i oszołomiony na pewno. Nie. Usprawiedliwiać się nie zamierzam. Szliśmy wciąż razem przecież. Oboje wystrojeni jak na świąteczną kolację. Szliśmy, a ty może wiedziałaś dokąd, może ćwiczyłaś ten krok powabny, lekki i pozornie nie męczący. Ja stąpałem obok jak strwożony słoń. Niby na paluszkach, a przecież waliło się wokół i sypał kurz z sufitów. Szedłem w nieznane na wiarę. Z tobą przecież, a to już wystarczający powód, żebym oporów miał mniej niż chęci. Trzymałem cię spoconą dłonią i kolejne zakręty, pokusy, omamy. Szliśmy nadal razem, za jednym wielkim oszustwem. Jakbyśmy tropili dzikiego zwierza, na mięso i futro, dla chwały i trofeum na ścianie salonu wiszącego. Szliśmy wytrwale i niezmordowanie. Błyszczało. Mamiło. Szeptało nierealne obietnice, a my wciąż wierzyliśmy, że dojdziemy i weźmiemy w ręce i krzykniemy z radości i sukces odtrąbimy tak zuchwale, że jerychońskie trąby niech się schowają. Szliśmy świąteczni i umazani nadziejami. Szliśmy podli i przesyceni pożądaniem. Szliśmy karmieni fantasmagorią. Cel wciąż umykał i nowe wyzwania, nowe przeszkody i pchał w gnój drogi i umorusał już nas dokumentnie. Już nie było świątecznych strojów. Oplute czasem, zbłocone, przez ptaki umykające pogardliwie obsrane. Stanęliśmy zapłakać, bo kiedy wreszcie udało się nam popatrzeć na siebie… wiesz jak łatwo wtedy było okłamać? Jak kusiło, żeby udawać? Jak mocno kwitły we mnie okropieństwa? Patrzyłem ci w oczy i widziałem, jak na ich powierzchni malowały się moje uczucia w tobie rosnące. Miałaś tak samo. Wiem, że się wstydzisz i głośno nie powiesz, więc ja to powiem. Chciałaś brnąć dalej. Chciałaś unurzać nas w tym gównie do końca, niechbyśmy utonęli. Tylko dlatego, żeby się nie przyznać. Żeby wstydu guli nie łykać. Żeby nie musieć przepraszać. Widziałem w tobie moje uczucia i łzy, które równo z nas ciekły i w dłoni wilgotnej twoja dłoń drżała, kiedyśmy stali naprzeciw i patrząc sobie w oczy chcieliśmy się wzajem nakarmić kłamstwem kolejnym. Chcieliśmy przekonać i sami uwierzyć w te słowa. Nie wiem kto pierwszy znalazł w sobie odwagę, nie pamiętam, lecz wiem, że kiedy wtuliłaś się we mnie, a moje ramiona objęły cię mocno pogasły światła i korytarzy blask niknąć począł, a demon z ogonem podkulonym zmykał pokurczem śliskim, ohydnym. A my zostaliśmy. Uświnieni, nadzy w kałuży pogardy. Po cośmy weszli na tę drogę?