Szukanie w całym.

Dodano 30 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Sięgam dłonią daleko – poza pajęczyny odwieczne i zakurzone, poprzez mroczną niepewność i zatęchłe powietrze. Wyciągam straceńczo tę rękę, nie wiedząc co mnie czeka na drugim końcu, czego dosięgnę i z czym zmierzyć mi się przyjdzie. Matuzalem pajęczy jakiś siedzi tam i ślina mu z pyska jadem spływa? Złowiony przez niego wieczny skorpion z uniesionym w drgawce naprężonych nerwów ogonie? Może gość z innych światów, albo wręcz z zaświatów? Nie wiem, a przecież rękę wyciągam, jakbym miał zamiar wkręcić żarówkę i mrok pognać precz i rozświetlić zaufaniem i wiarą tę przestrzeń, tę orbitę niepoznaną doprecyzować kolorem, który wciąż ukryty w penicylinowym labiryncie pięknych skrzyżowań łapie kurz, niczym indiańskie łapacze sny. Potrafię odegnać złego? Odkurzyć czeluść z nicości? Nie wiem, bo końca dosięgnąć nie potrafię i łudzić się, że na dnie miseczka truskawek na mnie czeka, albo pieniądz złoty, to jakaś histeryczna bzdura byłaby zapewne, więc prę dłonią naprzód poprzez ciemność, rwąc kolejne struny pajęcze, przekraczając granice i dążąc uparcie donikąd – do tam, gdzie niepoznane, czyli groźne, nieoswojone i tłamsi we mnie radość owa niepewność, na którą dłoń własną wystawiłem pochopnie. Drobne włoski na wierzchu dłoni trącają wciąż kolejne struny i liany splątane rozsuwam palcami. Chłód. Wilgoć i chłód. Zarazki i bakterie tu mieszkające muszą mieć z pięćset lat i szczepionki na nie nauka już nie pamięta, bo to ostatnia enklawa, w której siedzieć mogą zarodniki średniowiecznej dżumy, kataklizmu, który ostygł wraz z sercem ostatniego dinozaura. A tu może w postaci przetrwalnikowej, w kokonie pajęczym i kurzu rzymskich legionów czaić się jeszcze może endemiczna odmiana zarazy – pandemia i miecz Damoklesa, apokalipsa i vendetta, może nawet dżihad w którym wszystko co żywe stanie się wrogiem, niewiernym, który Boga zapomniał tak dawno, że nawet księgi tej wiedzy już w sobie nie noszą.
Domyślam się otoczenia, a może rozpaczliwie próbuję sam siebie przekonać, że ono istnieje, że to tylko drobna wnęka wykuta w skale, za którą nic złego być nie może, bo czemuż niby miałaby się tam skradać czarna wdowa, święta kobra, kajman parszywy z gnijącymi zębami wciąż krwawo ociekającymi. Czemu niby dzikus uzbrojony w dmuchawkę z kurarą miałby czyhać na moją wątrobę, żeby karmić się nią, nim ostatnie drgawki przepłyną przez wciąż ciepłe ciało. Wymyślam kontur i gabaryt, powierzchnie naznaczam słowami znajomymi i uspokajającymi – podłoga, ściany, kamień, tynk… farba… Oszukuję? Tak, na pewno, bo definicje są dobre w świetle – ciemność nie zna odległości ani czerwieni, ciemności nie można podzielić, ani stopniować. Trudno ją oswoić, a każda taka próba kończy się strupem rozbitego kolana, wydłubanym okiem, czy innym siniakiem – w najlepszym razie, bo kiedy ciemność zapomni się bardziej, kiedy zrezygnuje z niepotrzebnych definicji i usunie ze swojego jestestwa taką choćby „podłogę”, albo przeniesie ją o abstrakcyjnie tu brzmiące metry, czy kilometry niżej… Czym jest niżej w ciemności? Niczym lub śmiercią żywych. Zanim się zobaczy różnicę, już definicje zgasną wraz z tętnem.
Na szczęście ja ciemność macam tylko jedną dłonią, a ona już po łokieć zanurzona w niebycie wciąż nie napotkała ani końca, ani towarzystwa, które można byłoby zmysłami nazwać. Wpycham powoli czując już ciężar pajęczyn, które grubą rękawicą objęły mi dłoń i wciąż kleją się kolejnymi warstwami, nitkami sprężystymi bardzo. Wreszcie poczułem, jak przebijam błonę ostateczności i dłoń odbiera słaby powiew przeciągu. Powietrze mniej wilgotne i nie stęchłe zaczyna zwiedzać moją dłoń i zapoznaje się z nią. Inny świat po drugiej stronie nicości?
Ktoś pstryknął światłem. Oddycham ciężko tuląc policzek do żółtej ściany, a ręka po sam bark w tej ścianie zanurzona, nieistniejąca, jakbym ścianę przeniknął pomimo cielesności, wykorzystując zjawiska fizyczne, lub metafizyczne.
- powinieneś zostać jasnowidzem – usłyszałem – szukać wentylacji po ciemku, kiedy światło działa, to zadanie dla szamanów i nawiedzonych. Ale jak widzę – udało się! Gratuluję…

 

Monolog na dwie intuicje.

Dodano 29 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nanizać na nitkę wszystkie twoje lęki? Pokaż mi, a ja je zbiorę w naszyjnik i po kolei skrupulatnie zawisną na sznureczku, a sznureczek na szyi i w samym środku strach. Lęk, że ktoś zobaczy, usłyszy, zauważy, więc obok kły trzeba powiesić, żeby kąsały i pazury, które drapią do krwi mocno, a za nimi dopiero pomniejsze lęki, i uczucia bardzo spłoszone, ciche, zawstydzone, i będą się karmić własną siłą pozorną, jaka zarazi wszystkich wokół, bo do środka nikt nie zajrzy – bojąc się ciemni… Tej studni bez odgłosu żadnego przy wpuszczonym kamieniu. Jednak kiedy zjawi się ktoś z wiaderkiem na długiej linie i zaczerpnie, nie zważając na złudzenia rozwieszone i nie czując razów niezadanych przecież, wtedy wyjdzie bezbronność zupełna i chęć – by jednak unaocznić zmęczenie światem, do którego tak bardzo nie można się dostać.
Szukałem sam chyłkiem jakowymś, ukradkiem dociekałem, stałem z boku i obserwowałem, patrzyłem, kiedy zdawało mi się, że nie widzisz mnie wcale i chciałem odnaleźć to miejsce w tobie, gdzie gromadzi się prawda w słonych łzach ukryta, albo pasja wulgarna i prawdziwe, zwierzęce potrzeby. Te wszystkie sprawy, które upychasz o poranku w biustonosz, w pończochy, te uczucia zapaćkane szminką, czy pudrem na policzkach. Patrzę i widzę oczy przesłonięte membraną stanowiącą pierwszą granicę dla obcych, zasieki wyższe niż berliński mur, za którym czai się biedna, wystraszona dusza, drżąca jak szklanka pełna gorących lęków – ta sama, do której strach się zbliżyć, żeby się nie poparzyć, albo nie stłuc naczynia.
Patrzę uważnie, bo kiedy pytałem milczałaś wymownie – licząc pewnie w swojej kobiecej logice, że się sam domyślę, że znajdę tę drogę nieoznakowaną zupełnie w ciemności i dotrę do tego co dla ciebie pewne jest. A ja… Z intuicją za ręce się nie trzymam i jeśli sama jesteś wciąż strażniczką w zbroi zakutą tych prawd jakie w sobie nosisz, wciąż walcząc i pokonując każdy okruch dobrego odruchu dla ciebie przez innego człowieka położony i mnie nie pozwolisz do siebie dotrzeć – znowu po walce zmęczona usiądziesz w pustym pokoju i będziesz wyglądać tylko przez okno zakładając kolejną kratę. I patrząc na innych jak biegną po łące ze śmiechem. Bez ciebie…
Wiem, to trudne, nie każdy znajdzie w sobie odwagę, żeby je pokazać, żeby pozwolić im schnąć na wietrze, albo spłowieć w pełnym słońcu, jednak pozwól mi proszę… Pokaż, gdzie mieszkają demony, żebym je pośród tego mrowia koralików umieścić mógł, a spoza nich popatrzyć na ciebie jaką jesteś, kiedy obrana zostaniesz z lęków i wstydów, kiedy będziesz sobą taką, której wstydzisz się pokazać, bo zbyt często i zbyt dotkliwie spadały gromy na twój garb umęczony. I bądź mi odkryta. Żebyś wiedziała, że świat nie tylko bije i okrada, że potrafi zrozumieć i wyciągnie dłoń do potrzebującego, jeśli na to pozwolisz tylko. Zwiniesz wtedy może sama te druty kolczaste i te wisiorki amuletów, co odstraszyć mają, i zaczniesz mówić. Jąkając się i zacinając, bo nie nawykłaś zupełnie, że ktoś słucha i patrzy – bez zwracania uwagi na formę. Bez obaw, że uderzy, opluje, popchnie… Bez oceny. Że wkłada łyżkę w to danie jakie serwujesz i szuka każdego składnika smakiem, a potem patrzy w podziękowaniu, że mógł. Pozwól mi na to, by pokazać ci, że suma wszystkich twoich lęków jest tylko przeszłością, za którą nie musisz bić karą dzisiejszego świata.

 

Harfa.

Dodano 29 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Biegałam po strunach harfy. Spadłam razy kilka . Razy kilka wdrapywałam się po nich na wyżyny z których widać więcej.Cis moll ,spacer taki zagrałam przemierzając przestrzeń, czas. Moll, bo na nic weselszego sił mi nie starczyło gdy wniosłam kosz z zakupami do domu chociaż wciąż nie wiem po co mi był taki wielki wózek do małej paczki herbatników. Rzuciłam gdzieś te ciastka mnie mogłam znaleźć przez co głodna poszłam spać ,skacząc trochę po pedałach. Wzniośle się zrobiło chociaż z … w tle.

 

Raz na wozie raz na desce.

Dodano 28 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nie trzeba się zaprzyjaźniać z kochankami męża ?. Możliwe że nie ale jeśli się nie zaprzyjaźnię to zabiję podłe kreatury że wchodzą nie na swój teren, zabierają moja własność, używają i nie dokładają się do opieki. Jakaś paskuda darła się kiedyś ,że :”mój ci on” a ja chociaż się nie mam zamiaru podobnie wydzierać, mam go w papierach. Rezerwacja i świadectwo wolnej woli w decyzji. Świadkowie przejęcia i oddania w ilości dostatecznej . Trzeba brać odpowiedzialność . Ja biorę, na cudze barki.

 

Memento.

Dodano 28 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Drzewa nikt nie zapytał, gdzie chce rosnąć, ani czy podłoże jest odpowiednie. Wiatr postrącał nasiona, jakaś bezpańska koza przepuściła je przez wiecznie wygłodniały organizm i gdzieś tam porzuciła dla niej już zbędne produkty wysoce przetworzone. Przyszedł żuczek o lśniącym granatem pancerzu i kulkę utoczył, żeby sobie ją poholować na czarną godzinę i szwendał się z nią po świecie póki sił mu wystarczyło, aż przyszedł deszcz, który roztopił kulkę, porwał nasienie, w jakąś zapadłą dziurę wepchnął niemal na siłę i utopić je chciał, a nasionko piło wodę szeroko otwartymi ustami i wymiotowało tak bardzo, że biało-zielone trzewia wypluło przed siebie i zaczepiło zadzior w ziemi pierwszym, delikatniutkim i nieporadnym języczkiem. Czas płynął, języczek stawał się coraz bardziej zaborczy, dorobił się braci i jak mackami ośmiornica objął ziemię w posiadanie – tę najbliższą, losem przyniesioną, niepewną ziemię obiecaną, lecz dramatycznie niezależną, obojętną na potrzeby i oczekiwania nasienia. Macki wiły się i parły w głąb szukając wody i chociaż cienia pokarmu, a kiedy już się udało, to nasionko harde się zaczęło stawać i czupryną o niebo zahaczać. Czasem jakieś zwierzę próbowało mu do rozsądku przemówić i ukąsić koronę świeżym sokiem pachnącą, ale nasionko już się śmiało głośno, bo ośmiornica dostarczała wszystko, czego korona potrzebować mogła i byle zęba się już nie bała – owszem, mógł narobić kłopotu, ale o dramacie już mowy nie było, póki w ziemi języczki zanurzone w pokarmie i deszcz je obmywał. Wspinało się nasionko do słońca wytrwale, aż wiatr je zapłodnił i ciężarnym uczynił, aby koło życie zatoczyło i powielało utarte schematy.
Giną stare drzewa na calutkim świecie, ale młodsze, wciąż bardziej bezczelne i głodne życia wyruszają na szlak w drogę, która zna tylko jeden kierunek wędrówki – aż po zmierzch, kiedy zgryzione czasem, wichrem, głupotą lub potrzebą ludzką, kataklizmem dowolnym, a nawet własnym rozpasaniem, położy się w ostatnim westchnieniu i zostanie gasnącym wspomnieniem, powielanym w młodych liściach, w idealnym odwzorowaniu wczorajszego dnia. Giną stare drzewa patrząc pobłażliwie i z miłością na młode, które jeszcze nieświadome już rządzą światem i czasem i przyszłość modelują, bo im się jeszcze wydaje, że są w stanie, że mogą, bo soki krążą oszałamiająco, bo pierwsza burza jeszcze nie nadeszła, a zima rozszarpująca ciało dopiero zdarzyć się ma za lat kilkadziesiąt. Więc pysznią się i przepychają, ramiona w niebo wyciągają beztrosko i odważnie, żeby wziąć jak najwięcej, jak najwyżej sięgnąć, bo przecież każdy głupi wie, że najpiękniejsze owoce rosną najwyżej, jak tylko się da – nawet wrony to wiedzą i dlatego czubki drzew zasiedlają, żeby być jak najbliżej wykwintnej spiżarni, a mniej zmyślne ptaszyska niech ochłapami z niższych pięter się żywią.
Przypomnij mi, gdybym raczył zapomnieć. Nasieniem się życie zaczyna, a jeśli trwać ma i toczyć się dalej – trzeba je zapłodnić, trzeba oddać, co się dostało, trzeba azymut utrzymać. I nie płacz za martwym gigantem – śmiej się i chuchaj na kruszynę ciekawie podnoszącą wzrok pod niebiosa niezbadane, w cieniu kolosa rosnące nieśmiało – wspieraj ową niedojrzałość każdym oddechem. Pamiętaj geny i szanuj, ale zawsze wybieraj życie.

 

Posłuchaj mnie proszę.

Dodano 27 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Patrzę na ciebie i zauważam, że włosy masz rozrzucone w nieładzie, w pośpiechu jakimś niespodzianym, który dopadł ciebie gdzieś pomiędzy malowaniem oka, a obgryzaniem paznokci, więc wiem, że wypadłaś z domu jak do pożaru, w pozaciąganych rajstopach, w butach niezapiętych i obłędem w oczach. Czyli spodziewałaś się, że będę tutaj, na rogu stał, w cieniu zmurszałej kamienicy, gdzie będą się na mnie sypały obelgi spoza uchylonych okien, brudnych firan i parapetów oznaczanych przez lata gołębim guanem. Stałem, a kurz tych przekleństw przesączał się przez prochowiec i wkradał się w zakamarki koszuli i dziury drążył, żeby wrzepić się w skórę niczym kleszcz.
Stałem i patrzyłem w te okna, które twoimi być mogły, a nawet powinny być i słuchałem schowany w cieniu gęstniejącym wokół węgła, bo tam czułem się bezpieczniej, mniej zauważalnie, nie przeszkadzając i nie naruszając ciekawości pijanych oczu poszukujących łupu w postaci słabo umięśnionych portfeli, i bielizny na spłoszonych, nastoletnich pośladkach wystarczająco nierozważnych, żeby się tu zaplątać w śmiertelnym zagrożeniu. Patrzyłem w te okna, które wydawały się pulsować rytmem twojego tętna, pachnieć smugą perfum wietrzejących za twoim uchem i szeptać słowa urodzone pod twoją grzywką. Stałem paląc papierosa trzymanego żarem skierowanym we wnętrze dłoni, żeby nawet ten ogarek nie zakłócił jednostajnego mroku i nie sprowokował akcji, w której nie miałbym innych szans przetrwać, jak tylko sprintem wydłużonym do dwóch-trzech przecznic, żeby ścigające mnie płuca wysypały się na chodnikowe płyty w wulgarnej klątwie i życzeniu nieżyczliwym.
Stanęłaś przede mną i bluzkę obciągasz patrząc mi w oczy zasapana i zaskoczona bardziej nawet niż ja. Bluzka zbyt biała jak na ten zmrok niebezpieczny i zbyt prześwitująca. Zadrżałaś, gdy wiatr prześliznął się po twoich piersiach, a ja rozpiąłem prochowiec i schowałem cię pod niego, żebyś zagrzała się o mnie, żebyś schowała swoją kruchość we mnie pod tym prochowcem, którego nie znosisz – wiem, pamiętam wzrok, którym taksujesz mnie za każdym razem, kiedy go zakładam, ale on jest tutaj oazą bezpieczeństwa, on jest czapką niewidką w tym świecie okrutnym. On, wiecznie brudny, splamiony, z historią wytatuowaną niespieralnie na lewej i prawej stronie, daje mi poczucie pozwalające kolejny krok w ten mrok uczynić i stanąć tutaj w nadziei, że zgadniesz mnie w mroku i przyjdziesz.
Wiem, to głupie i powinienem nie zgodzić się na ciebie tu, nie zgodzić się żadną miarą, że będziesz mnie szukać nadaremnie być może i narażać się na atak, na gwałt, grabież, kres życia wręcz, gdy złudną nadzieją wybiegniesz… a mnie nie będzie. Dlatego przyszedłem dziś… poprosić ciebie, żebyś więcej nie wychodziła w mroczność ulicy. Że więcej nie przyjdę tu po zmierzchu, żeby nie kusić losu. Patrzysz na mnie tymi wielkimi oczami i widzę w nich brak wiary w moje słowa – masz rację, ja też nie wierzę, ale się nie przyznam do tego, że nadal będę przychodził, a ciebie błagam – nie wybiegaj do mnie bez względu na to, zza których okien domyślisz się mnie stojącego tutaj. Nie wybiegaj w białej bluzce, żebym nie drżał, że zaświeci czerwoną kaskadą twojej krwi nagłej. Idź już proszę i nie przychodź, kiedy dzień zapomni o tej okolicy i weźmie ze sobą prawo pod pachę, żeby nawet ślepym świadkiem niegodziwości być nie mogło. Posłuchaj mnie proszę – ten jeden raz chociaż…

 

Mądrość ludowa.

Dodano 27 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Jem rodzynki prosto z wiadra i płaczę. Dlaczego płaczę? Zapewne z powodu owych rodzynek, które w końcu wyschłym na wiór gronem winnym pachną i zamiast winem stały się łakociem. Stoją w wiadrze, na chodniku, a ja klęczę przed tym wiadrem w trzech czwartych pełnym owoców pachnących oszałamiająco. Ktoś przechodził i była to zapewne „pani dobra rada”, bo pomysłów na ich spożytkowanie miała więcej niż ja życia na pobieżną nawet realizację. Odpuściłem. Te pomysły i łzy, bo słony kiepsko komponował się ze słodyczami i prędzej już gorycz, albo pikanteria niż słony – najgorsze z dostępnych rozwiązanie drapało kubki smakowe do ran otwartych. Patrzyłem na owe „sułtańskie” przysmaki i nie wiem, jakim cudem sułtan jeść mógł te owoce i nie skrystalizować w sześcian cukru, niczym mucha zamknięta w łzach sosnowej żywicy. Stałem gdzieś, gdzie przechodniów zaciekawionych mną klęczącym nad wiadrem był nadmiar, a ludzie ciekawością grzeszą od tak dawna, że nie zauważają już, jak wielką popełniają niedyskrecję, jak podłym to wrażenie wydaje się podglądanemu. Klęczę nad wiadrem, niczym żebrak w przejściu podziemnym liczący na jałmużnę, której nie ma gdzie wrzucić, bo wiadro pełne skarbów i tylko duże przedszkole mogłoby małymi rączkami uwolnić mnie od powodzi owoców suszonych, słodzonych, kuszących od wieków. Przechodził piekarz zmęczony nocnym wyrabianiem ciasta i zaproponował, że kupi, że zrobi z nich dodatek do tureckiego chleba, albo świętojańskie bułeczki wypiecze ku rozpuście gawiedzi i nie zepsują się wcale. A ja wiem, że się nie zepsują, bo cukier trudno zepsuć – to nie zegarek na baterię, ani też samochód wyścigowy. No i nie wiem, czy chcę się rozstawać z wiadrem – gdyby to były maliny… wiśnie albo truskawki, to zapewne dałbym radę, A co tam! Wędzone śliwki też zdzierżyłbym ale rodzynki? W takich ilościach stają się już przekleństwem i klęską urodzaju, a ja zjadam je machinalnie, czując, że zęby oblepiają mi się grubą warstwą zastygłego syropu, a w gardło drapie mnie nieustająco papier ścierny cukrowych ziaren. Wódką zalać? Wiśniówką? A może sok z nich ugotować, jak kompot ze świeżych czereśni. Przeszedł policjant i zasalutował do tego wiadra i kazał się rozejść – jakby to tłum był i demonstracja – no… była, ale martwa i wyschnięta, pomarszczona i cicha. Nietoksyczna, niegroźna i niekaralna, więc czemu? Jem, ale do dna nie zbliżam się wcale, bo wiadro wielkie, cynowe i piętnaście litrów wody uniesie bez najmniejszego wysiłku. Trudno oszacować, czy tych rodzynek jest pięć milionów, czy zaledwie czterysta tysięcy, jednak wszystko powyżej setki staje się nieskończonością gwiezdnych galaktyk – dla podniebienia już się stały piekłem. Nie płaczę, ale jeść też już nie daję rady. Wciąż klęczę i czekam sam nie wiem na co, gdy podszedł do mnie bezdomny. Taki typowo śmierdzący octem, bo dawno już nie mył się, a jego ubranie nosiło ślady poprzednich pór roku – wciąż wyeksponowanych i żywo wybarwionych plamami. Stał i patrzył to na mnie, to na wiadro. Nie mówił nic, tylko głową kręcił ze zdumienia widząc, jak się męczę. A potem pochylił się nade mną i szepnął cuchnącym głosem:
- Olej to… Zostaw… Niech kto inny się teraz pomęczy. Chodź, pokażę ci miasto, jakiego nie znasz. Zostaw to wreszcie, bo rzeki zabraknie, żeby pragnienie zaspokoić. Nikt nie powiedział, że musisz dla duszy zbawienia zeżreć całe wiadro rodzynek. Są znacznie ciekawsze zajęcia…

 

koszula

Dodano 26 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Na sznurze u sąsiadki rozwiesiłam nasze pranie. Nasz sznur się zerwał. Zniszczył, zużył a nowego nie było w zapasie. Za sznurze u sąsiadki rozwiesiłam nasze sprawy. Niech obeschną, niech przeschną ,niech nabiorą innej barwy. Na sznurze u sąsiadki wieszałam pranie a sąsiad usilnie chciał pomóc chociaż swojej żonie nie pomaga. Na sznurze u sąsiadów, ptaszek biały z zielonymi skrzydłami śpiewał by koszula była ciepłem i radością dla ciała.

 

Wyciągnąć rękę…

Dodano 25 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Cudze światy drążą tunele w mojej głowie starając się dostać do wnętrza. Jakieś radio nastawione zbyt głośno i na zbyt długo, żebym mógł zlekceważyć, jakaś ekspresyjna miłość, tak żywa, że ignorować jej nie sposób, a i potrzeby nie widać, bo przecież piękną jest odmianą po tych marudzeniach, narzekaniach, lamentach i skargach. Sąsiedzi gruchają, albo tłuką kotlety na niedzielny obiad, ktoś pluska w wannie, a inny klnie namiętnie i z wielką pasją – krzykiem, chociaż odbiorca stoi zapewne o krok. Dźwięki zmielone na wycieraczkach tramwajowych i poskręcane w wiry kogutami karetek, powracają do mnie splątane już i nierozpoznawalne. Galimatias, bogactwo i przepych. Zbyt wiele. Zbyt. Kiedy głowa szuka półtonu – tego pierwszego powyżej ciszy, gdy monotonna pieśń rzeki staje się wystarczającą podnietą, kiedy wiatr trącający trawy smyczkiem lekko tylko nawilżonym, gdy potrząsa torebkami nasiennymi chwastów w tonacji szukanej przeze mnie na takie dzisiaj, wtedy wszystko zdaje się być eksplozją i erupcją nagłą, nieoczekiwaną i zupełnie niepożądaną. Chcę oddechu muflona na ubitym śniegu, a nie lawiny ekspresowej spadającej drapieżnie i niepowstrzymanie na sosnowy las. Wypatruję otoczenia, w którym echo szuka możliwości odbicia się od czegokolwiek tak długo, że w końcu zapomina po co miało to zrobić i nie wraca. Drobiazgi. Podkute buty damskie nad głową niczym kastaniety podają rytm tańca, pasodoble szatańskie, w którym karminowe dziewoje piętnują sztyletami obcasów umysły strapionych, dziurawią tępe mózgi, po których skaczą niczym pasikoniki apokalipsy po kocich łbach, a z każdym par-krokiem zostawiają za sobą tężejącą rzekę krwi, która nie potrafi dogonić biegnących demonów zagłady i tylko słodki, lepki sok tętniczy oszałamia mięsożerne stworzenia, powodując gorączkę w oczach i obnażając nieświadomie cuchnące zęby. Tętent się zbliża do mnie, a we mnie chochlik uparcie i cynicznie wytyka mi brudnym paluchem, że ja krwawić nie potrafię, że dziury w głowie bać się nie muszę, że pasikoniki, to on mi może usmażyć na patelni, w karmelu, żebym miał co przegryzać pomiędzy posiłkami… Wystarczy siatka na motyle, odrobina refleksu i wytrwałości, żeby złowić tabun galopujący i w głębokim tłuszczu zapiec nim soki zostaną wyparte oliwą. Wrzątkiem zamknąć szczelnie pory w chrupiącej, trzeszczącej skórce, która tak bezczelnie potrafi trzaskać pomiędzy zębami płosząc bardziej strachliwe ptaszki i powodując, zawiść żujących gumy. Harpie przeleciały ignorując mnie i chochlika, radio wzmaga działalność w granicach częstotliwości bezpośrednio raniącej zmysły, na skórze pojawiają się pierwsze pęknięcia – to spokój pękł jako pierwszy. Wszelka cierpliwość i wyrozumiałość zaczyna rzęzić, kastaniety, niczym konie na karuzeli robią nawrót, żeby pogrążyć mnie w melancholii, albo żeby obudzić wściekłość – nie wiem sam, aż tak dobrze nie znam bieżącego opakowania i parametrów zmęczeniowych materiału. Wiem za to, że stymulowany owym pakietem przez czas wystarczająco długi, zdejmę z siebie cywilizację, rozbiorę się z wychowania i konwenansów, rzucę na podłogę wszelkie gładkie słowa i stanę się dzikusem warczącym, spienionym i niezwykle groźnym – bo nieprzewidywalnym. Ale jeszcze nie teraz, bo teraz wystarczy mi zamknąć drzwi – po cichu, żeby nie kusić demonów i pójść – tam, gdzie otoczenie nie zna słów żadnych, gdzie wzmacniacze sypią się w proch nieistnienia, a miękka ziemia mlaszcze czując na sobie zapach kroków i jej głód wilgotnym językiem dosięga każdego obuwia, żeby je przytulić na wieki. Wystarczy pójść w piaski, niczym w kalejdoskop obrazów zmieszanych wiatrem, albo pośród skał wypiętrzonych przemykać wraz z cieniem własnym, który milczeć potrafi wręcz idealnie. Jedyne drzwi, które stoją na drodze i które nawet klamkę mają w zasięgu ręki.

 

Odcisk indywidualności.

Dodano 23 listopada 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Kolejny kamień pogłaskałem nieśmiało, chociaż podobnym był do poprzedniego i tego, którego dotknąłem jeszcze wcześniej. Wszystkie one zespojone zaprawą, pokruszoną, nawilgłą i sparciałą, a przecież trzymają się wdzięcznie kształtu nadanego przez ludzi dawno już zapomnianych na chwałę innych, których jeszcze encyklopedie zauważają pośród nieistotności. Kamień gładzony delikatną ręką wody, obły, zimny i gładszy, niż byłby, kiedy oderwał się od górskiego szczytu. Jeden za drugim i jeden na drugim – wysoko, szeroko i daleko ciągną się zwały uporządkowanej płaszczyzny zbudowanej z tych otoczaków, a mi przypominają bochny chleba na półkach piekarni – gorące, pachnące i dające nadzieję. Ale te kamienie nadzieję mają odebrać przecież – po to tu są, żeby pognębić mnogością, niezłomnością i własnym chłodem zmrozić myśl zbyt śmiało wyciągającą ręce do słońca. Zgasł we mnie zapach chleba, zgasło słoneczne mrugnięcie odbite od drobniutkiej fali. Dotknąłem i stąpam wciąż ciszej i dalej idę, a pod dłonią przesuwają mi się następne kamienie wypełniając kielich dłoni wypukłością. Idę jak ślepiec, jedną ręką trzymając muru, a drugą w beznadziejnej trwodze wyciągam naprzód, jakbym próbował wymacać przeszkodę, zanim w nią nosem uderzę. Każdy krok podaje dłoni kolejne kamienie, a ja zostawiam naskórek na wciąż szorstkiej powierzchni. Prę do przodu… tak myślę, chociaż równie dobrze mógłbym powiedzieć, że prę wręcz przeciwnie, że cofam się nieznacznie, krok za krokiem idąc. Nieważne – lubię pozytywne myślenie, więc prę do przodu i tą myślą się grzeję, że w końcu dotrę do jakiegoś rozwiązania, które ów mur uzasadni, albo zostawi w przeszłości. Nogi nie protestują, chociaż wymuszam na nich postęp, który większego nie ma sensu – tylko nadzieja nie zgasła i echo kroków odbija się od teraźniejszości chyba. Wolałem się nie zaśmiać, żeby sardonicznym zwielokrotnieniem nie wrócił do mnie ten śmiech pusty, w ogóle wolałem udawać, że mnie nie ma. Tylko te kroki i kolejne kamienie prześlizgujące się pod palcami i rozsypujące się spoiwo. Idę udając, że cel wart jest wysiłku, a wysiłek wart wytrwałości, bo wytrwałość nagrodzona zostanie, ale nagroda bliżej nieokreślona zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Niczym w różańcu koraliki przesuwają się w dłoniach kolejne kamienie i żadną mantrą nie oznaczam kolejnych groszków, żadną litanią nie obarczam mijanych kamieni, a one milczące, smutne i anonimowe – na żadnym śladu stygmatów, żadnej przestrogi, czy dedykacji. Żeby choć jedną rysą te kamienie ktoś oznaczył, żeby opisał je inicjałem, hieroglifem, ekslibrisem, marką, cechą – czymkolwiek. Szedłem dość długo, żeby w ustach zaschły mi pokłady parciejącej zaprawy zabierając mi ślinę i tłumiąc oddech. Tylko nogi niezłomne ciągnęły mnie w tę nieskończoność nieoznaczoną. Szedłem bezmyślnie już, bezwolnie, nałogiem chyba i przyzwyczajeniem pchany, szczęściem nic mi pod nogi nie wpadło, bo zwaliłbym się na łeb na szyję i już nie wstałbym wcale, tylko poległ, jako jeszcze jedna kamienna głowa, jeszcze jeden bochenek czekający na kamienną przyszłość i ułożenie na stos tych wcześniej położonych. Ale nie. Nie potknąłem się, nie przewróciłem i prę do przodu.
Dłoń ześlizguje się z porowatego kamienia i dotyka gładkiej, zimnej powierzchni. Zatrzymałem się. Jest przyszłość, jest nagroda, jest oświecenie i odmiana. Dotykam w mroku nagrody spodziewanej, chociaż wciąż nie wiem, czym ona jest. Dłonie rozpoznają wreszcie dłuto i młotek… Więc to tak? Więc nagrodą ma być spełnienie? Mojej skargi? Znaczonych kamieni chciałem, więc narzędzia, żeby tę nieskończoność wytatuować? Od tu w nieskończoność nadchodzącą z przodu? Usiadłem, zupełnie jak stwórca, nim proces tworzenia rozpoczął, żeby oswoić się z ogromem przedsięwzięcia. Żeby przerażenie rozmiarem ostygło w mięśniach i przestało skurczem drażnić umysł. Mam czas. I tak nic ciekawszego z przodu nie widać, więc pośpiech zbędny. Ukląkłem z dłutem w dłoni dotykając pierwszego z bochenków wyrastających ze zmurszałej ściany, a młotek zadzwonił metalicznym gongiem – ślad w teraźniejszości pierwszy. Nie czekaj aż dojdę. Młotek zadzwonił raz jeszcze, a pod palcami zgłębiłem ślad – swój pierwszy.