Spacer epoksydowany od rana.

Dodano 5 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Taki dzień, kiedy już przyjdzie, to doskwiera mocno. Fizycznie doskwiera jak otwarta rana na spoconym ciele, że jątrzyć się zaczyna wokół wszystko i przeszkadza tak, że tylko kląć z pasją wielką i niepohamowaną. Dzień zarażony szarością lejącą się z nieba od wczoraj, a w tych popielach toną wszelkie radości i tylko chodniki skamleć zaczęły o zauważenie, a ja wcale ich oglądać nie chcę. Idę bezmyślnie, bezwzrocznie i bez celu, rozpryskując bure kleksy deszczu skupione wokół nierówności i takie skulone, jakby krople chciały się ugrzać o siebie w przytuleniu, w bliskości dzieląc się wszystkim, czym za życia nasiąkły. A ja idę na wskroś, na przekór i pomimo. Idę w poprzek nawet i oczu nie otwieram, a spod butów niczym spod samochodowych opon wytryskują mi gejzery mikre i siklawą spadają na oszczane tabunem psim okienka piwniczne, a na spodniach gromadzą się dowody, alibi świadczące o tym, że nogi wciąż niosą, choć dokąd nikt nie wie.
Idę, choć dzień taki, jakby urodził się staruszkiem i już poszarzały na twarzy, zmarszczony i … no tak… złośliwy staruch! Na przekór wszem i z nikim wobec. W twarz pluje kwaśnym deszczem, wiatrem niesie śmieci jesienne wprost do oka, a kałuże rozstawia na szachownicy miasta tak, by zaszkodzić maksymalnie dotkliwie. Wytrawny gracz, kto wie, jak długo trenował, żeby aż taką perfidią wykazać się, a przecież nie wiedział wcale, że dzisiaj ja będę na świecie, że wyjdę pograć z nim w klasy, chociaż już przez kominy wentylacyjne burczał, że szansy żadnej z nim nie mam i żyłki sportowej nie okaże, tylko mnie stłamsi i zdepcze bez cienia litości. A raczej udusi mnie tym cieniem nieskończonym, nieskomplikowanym, rozciągliwym w czasie i przestrzeni – zupełnie odwrotnie, jak zwykły zachowywać się problemy z fizyki przepisywane bez zrozumienia na kartkę w kratkę, żeby potem wahadło…
Teraz ja, jako owo wahadło rozpoczynam ruch i wspinam się na ten dzień, żeby opaść wieczorową porą najpierw w depresję, a potem w szczyt przeciwności – jakie wahadło, taki szczyt – zdechnę, lub zasnę. W najgorszym razie trawiony bezsennością usiądę na mokrej parkowej ławce, albo w dworcowym holu słuchał będę przepowiedni o światach, które daleko stąd, choć już za parę godzin być mogą moim światem kosztem tego, w którym właśnie idę. Drepczę mozolnie lecz bez pośpiechu, bo rozleniwia stalowo szara masa chmur i przytłacza, że nawet czarne ptaki trzymają się blisko ziemi, żeby nie potłuc sobie brzuszków, gdy południe skarci każden pośpiech nieprzystojny w tę pogodę. Tylko niedźwiedzie siedem razy głową kiwną przeżuwając ostatnie tłuste kęsy padliny i prześpią ten czas nieprzychylny i spać będą tak długo, aż słońce je w nos użądli i przyniesie aromat kwitnącej wiśni.
Idę – nie pytaj dokąd, po co, dlaczego, bo te wszystkie pytania skowyczą już na dnie mijanych kałuż, od których wezbrały jezdnie i kratki burzowej kanalizacji dławią się i oddechu złapać już nie mogą. Idę – po prostu. Po to, żeby mięśnie nie zanikły, żeby rozgrzać tę moją masę bezwładną, żeby nie myśleć i nie robić głupot. Najciszej jak potrafię, najintymniej, niczym szpieg powierzający cenną informację pośród wrogiego zagrożenia powiem ci jednak, że idę, aby poczuć, że jeszcze żyję. Gdyby mi nóg zabrakło i oczu… przepłakałbym taki dzień, całkiem jak on to właśnie czyni i rozsiałbym szarą zarazę na otoczenie, które miałoby nieszczęście trwać i istnieć w moim sąsiedztwie. Idąc nie zrobię tobie krzywdy. Zostając – być może tak…

 

12 Responses to Spacer epoksydowany od rana.

  1. ~Frau Be pisze:

    o, jak milo… Chemia organiczna się kłania, a ja po biol.-chem., żywię do tejże sentyment.
    Po optymistyczną biel zapraszam do mnie – to lepsze od wrednej buroty!

  2. ~bezzasadny pisze:

    bury świat nie nastraja, ale kiedy chemik zaprasza, to pewnie paliwo rozgrzewające w płynie potrafi rozcieńczyć adekwatnie do możliwości ludzkich organizmów i jakiś fragment biologii na zakąskę, żeby tak na pusto nie chlać – wciskam czapę na głowę i pedałuję w białobrzegi. w godziwym towarzystwie, to i sentymenty łatwiej się rozpuszczają. Na pohybel!

  3. ~bezzasadny pisze:

    buremu, szaremu, obcemu, Polak zawsze wroga znajdzie, a jeśli nie, to raz-dwa go wykreuje – czarny, czy czerwony, co za różnica – przez tysiąc lat z grubym ogonem dało się znaleźć wroga, więc przy kieliszku, to kwestia dwóch toastów – góra trzech…

    • ~Frau Be pisze:

      Mam osobistego wroga, a nawet dwóch – w miejscu pracy. Jeden z nich to kałmuk, drugi – SS. Nawet kielicha nie potrzeba…

      • ~bezzasadny pisze:

        znaczy – szukać nie trzeba – jeszcze lepiej. kielicha wypije się na rozgrzewkę, albo dla animuszu i ułańskiej fantazji – jakoś tego ducha spod Kircholmu trzeba przywołać

      • ~Frau Be pisze:

        Mogę nawet mowę Chodkiewicza do wojsk Rzeczypospolitej obojga narodów wygłosić…

      • ~bezzasadny pisze:

        super- będzie bardziej wzniośle.
        pal diabli konie i skrzydełka, a nawet te długaśne wykałaczki – byle kupą mości panowie na wroga – czas znaleźć odpowiednią masę narodów – chyba nie chcesz, żebym solowo za oba robił – Chodkiewicz by się obraził chyba…

      • ~Frau Be pisze:

        Kogoś proponujesz?

      • ~bezzasadny pisze:

        Twój wróg, to może ów drugi naród znajdziesz gdzie po drodze? a jeśli nie to siądziemy z pieśnią na ustach przy okowicie, a jaki gorliwiec spragniony dołączy – wieczorkiem, to kawalątek ognia wystarczy i śpiewu, żeby się szarańcza zleciała – nie trzeba wici zwoływać

      • ~Frau Be pisze:

        Pozostawmy więc sprawę własnemu biegowi i zdajmy się na żywioł.

  4. ~bezzasadny pisze:

    howgh!
    niech się dzieje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>