Zanim poprosisz.

Dodano 20 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Mogłem ci odpowiedzieć wcześniej ale przecież sama to wiesz. Że świat sprzyja marzeniom. Robi co może, żeby spełnić sny – nawet te nie do końca grzeczne. Pytałaś i tych pytań wylewało się z ciebie tak dużo, że o odpowiadaniu można było zapomnieć, bo przecież życia zabrakłoby, żeby uczciwie na każde znaleźć rozwiązanie. Lecz ty nie pytałaś, żeby usłyszeć odpowiedź – ty chciałaś zobaczyć ją w moich oczach. I nie przyznałaś się wcale, co zobaczyłaś. A przecież jesteś wciąż tutaj, czyli spodobała się tobie odpowiedź. Tak sadzę całkiem nieskromnie. Jak ten prokurator, co pytanie rzucił z góry wiedząc, że adwokat zaprotestuje, ale haczyk w powietrzu rozwiać się nie może niczym dym z papierosa – smużka mgły się rozpłynie, jednak smrodek zostanie. Tak samo ty – pytasz dziesiątkiem pytań, a ja zmęczonym okiem patrzę na to bogactwo ciekawości twojej i nie nadążam z odpowiedziami, z niczym nie nadążam – ledwie za tobą potrafię powłóczyć wzrokiem, bo biegasz, tańczysz i podskakujesz jak dziewczynka z mysimi ogonkami, kiedy szczęście ją dopadnie wielkie. Płyną twoje pytania i ty szybciej odpowiedź znasz, nim znak zapytania powiesisz na zdaniu wysłowionym. Ale to pytanie powiesiłaś, jakby schnąć miało na wietrze przez tydzień. Chociaż sto razy dzisiaj odpowiedziałaś sobie TAK, chociaż kolejne sto powiedziałaś NIE – to jedno pytanie zawisło jak stary, mokry koc na płocie i dusi się pod własnym ciężarem i ocieka wilgocią, że pokrzywy aż się pochyliły, a kot omija z daleka płot, na którym mokre zwłoki w szkocką kratę płowieć ponownie próbują, gdy słońce je połaskocze. Spytałaś i nadal tańczysz i świecisz buzią roześmianą niczym szczęśliwa gwiazda, a przecież męczy cię niepewność. Dlatego powiem – nie – nie mogłem przyjść wcześniej, bo wcześniej nie chciałaś mnie widzieć. I nie – nie mogłem dłużej czekać, bo nie spotkalibyśmy się wcale. Jedyna chwila pośród wieczności, kiedy spotkać się mogliśmy właśnie wybiła. Zbyt wiele przeszkód, zbyt wiele niemożliwości na drodze stało, a los wysiłku włożył co niemiara, żeby życzeniu sprostać. Żeby nas spotkać wtedy, kiedy daliśmy radę zobaczyć się wzajem. Jak długo, jak bardzo, dlaczego??? Znów tańczysz, znów pytania stadami sfruwają z twoich ust i niczym jaskółki uwijają się pod chmurami krążąc i popiskując – nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że kiedy bardzo czegoś się chce, to ma prawo się spełnić. I wiem, że los perfidnym być potrafi bardzo. Dlatego zanim poprosisz – pomyśl trzy razy, bo jeszcze się spełni i dostaniesz, czego dziś pragniesz… jutro… niespodziewanie.

 

Zamiar.

Dodano 19 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Noszę się z zamiarem. Nie za wielki ten zamiar bo już i tak dość wieka i ciężka jest moja torebka. Zamiar taki sobie, jest ale z perspektywą bo ów dotyczy wyjścia na miasto ,na ulice. Na skwerek może jakiś a może nawet do parku bym wyszła . Do ludzi a może pod ludzi i może spotkam i nad ludzi. Wyjść z chemicznym testerem na „wolność” i polewać każdego kto sobą zada pytanie we mnie , kim jesteś, przypadkowy lub mniej. Wymyślić mogę, trudne nie jest, odpowiedź na pozorach opartą ale to mnie nie satysfakcjonuje. Muszę głębiej pod pierwszą druga trzecią warstwę farby.

 

Na krótkiej smyczy.

Dodano 18 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

W miękkim cieniu korytarza potknąłem się o zadarty brzeg wykładziny. Łapałem powietrze rękawami, ale nie na wiele się to zdało. Ściana również nie dała skutecznego oparcia i tylko paznokieć zdarłem, żeby krwią zaznaczyć własny upadek. Łukiem ciepłej krwi wytrysnąłem w kurz naniesiony tak wieloma butami, że podstawowym tworzywem wykładziny stały się skały osadowe. Osadzane konsekwentnie pomiędzy włóknami każdego dnia, anonimowym tłumem szukających nadziei w obrębie instytucji.
Bzdura kosmiczna, ale musiałem na twarz upaść w tym korytarzu, żebym wreszcie zrozumiał, jak bardzo myliłem się przychodząc po wsparcie. Ile czasu zmarnowałem siedząc, lub stojąc w kolejkach do drzwi za którymi nie mieszkało zbawienie, gdzie nie było żadnego Boga, który problem rozwiąże i w dalszą drogę poprowadzi ostrzegając przed zasadzkami losu? Wstałem z podłogi i nie bacząc na kurz wsadziłem palec w usta, żeby śliną zatamować krwawienie i nawet nie syknąłem, chociaż szczypało okrutnie. Drugą ręka otrzepałem z grubsza spodnie, w niedomytej szybie sprawdziłem stan uzębienia i fryzurę, zakląłem niezbyt dyskretnie i dużo rozważniejszym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia. Zostawiłem w pyle korytarza wszelkie nagromadzone papierzyska, ankiety, oświadczenia, wyjaśnienia, petycje i wnioski, które wachlarzem zakrwawionym leżały w poprzek przejścia, niczym szlaban graniczny. Po jednej stronie była instytucja, a z drugiej ja. Paszport do lepszego świata leżał szlabanem na osadowej wykładzinie… Czy na pewno?
Bez oszukanej nadziei wyszedłem przez wiekowe wrota na słoneczną teraźniejszość. Jesień całkiem zgrabnie zajęła miejsce lata i jeszcze z tego powodu nie rozpłakała się zanadto, ale koronom drzew już wycieniowała fryzury i zmieniła makijaż na bardziej wyrazisty, wprowadzając sezonową modę na żółcie i czerwienie. Wiatr krzątał się jak pies, który smyczą nie jest skrępowany i baraszkował wyczyniając psoty przechodniom – tym szczęśliwym, którzy nie popadli w objęcia instytucji i beztrosko omijali wielki gmach z mitów zbudowany dla podtrzymywania złudzeń. Pierwszy oddech wilgotnego, pachnącego powietrza wypełnił mnie kompletną beztroską – jak setka wódki na czczo wypita uderzył w głowę mocniej, niż lądowanie przymusowe sprzed chwili. Ręce wolne od balastu dokumentacji chciały tańczyć i śpiewać, ciągnęły mnie w miejsca zupełnie mi nieznane…
A może tylko zapomniane? Przecież dzieckiem będąc, jeździłem tędy czterokołowym rowerkiem co tydzień, później chodziłem tędy posłuchać o czasach równie starych, jak przodek, jeszcze wczoraj przykuty do łóżka, co w słowach gorących potrafił malować świat dawno nieistniejący. Chodziłem znów ogrzewając drobną dłoń kogoś, kto miał mi być dopełnieniem i był zbyt krótko niestety. Chodziłem sam, klnąc wszystko i wszystkich, że czas mnie nie słucha, a los własnymi ścieżkami się szwenda. Nogi rozpędzone niosły ciało, które chyba wciąż oszołomione było nieoczekiwaną wolnością wynikającą z upadku. Absurd – upaść, żeby poczuć swobodę! Ale tak się właśnie stało. Nogi niosły bezkarnie i nie pytały o zdanie. Przypominały mi stare ścieżki, szlaki zapomniane i odtwarzały obrazy. Tam, nad rzeką, już nie rosły śliwy mirabelki, już chodnik nie pachniał sfermentowanym owocem, a osy nie uwijały się korzystając z dobrodziejstw natury, a knajpa zbyt droga jest wciąż, choć nie taką muzyką częstuje dziś gości i wolę nie liczyć na przychylne spojrzenia kobiet, jednym rzutem oka potrafiących przeliczyć zasobność portfela, nim sobie pozwolą na romantyczność.
Nogi bezwstydnie zupełnie korzystały z rozpusty i niosły wciąż dalej i dalej, w kolejne obrazy, widzenia, wspomnienia. Twarze, przedmioty, detale uczuć powitych pośród minionych nocy, lub zgoła w południe, mosty w barwach sprzed lat i elewacje odrestaurowane pieczołowicie, żeby wreszcie zakryć pamiętane moim wzrokiem ślady pocisków z największej zawieruchy oglądanej przez ten świat. Niosły mnie moje własne nogi i lepiej ode mnie wiedziały, że tak trzeba, że to właśnie da mi radość i spokój, że pozwoli wydalić z organizmu wszystko, czym przesiąkłem, czym zaraziłem się instytucjonalną codziennością spętany. Pozwoliłem sobie na kompletną bezmyślność, ze świadomością, że miasto zbyt małym jest, abym zabłądził, albo doszedł na Olimp i zaplątał się w sprawy dla mnie za duże.
Rzeka płynęła bez pośpiechu, ale wcale nie leniwie. Ciemna, tętniąca życiem i świata ciekawa, a ja? A ja nie. Bo w końcu zrozumiałem, jak dobrze jest iść tam, skąd wrócić potrafię. Jak dobrze mieć świadomość bycia u siebie, a chleb, ten wczorajszy, żeby jutro był tym samym chlebem, a nie przytykiem, że inny. Nie nostalgią trudną do realizacji, a prostym, codziennym wyborem. Patrzyłem pełen zachwytu na mijających mnie tubylców. Skąd wiem? Proste pytanie – turyści nie zaglądają tu, gdzie mnie nogi przywiodły, a poza tym, oni są tak swojscy, że muszą być na własnych śmieciach. Bo tutaj nikt nie jest stąd, ale każdy jest u siebie. Można to rozpoznać równie łatwo, jak rozpoznaje się wycieczki japońskich i niemieckich emerytów. Oni są napiętnowani obcością, a tubylcy – swojskością. Tym pozornym znudzeniem, że wciąż po tych samych kocich łbach i płytach nierówno popękanych, że pod prąd i bez sensu, że patrzą nie na wystawę rynku, gdzie elewacje kuszą przepychem, a od zaplecza, wciąż trwa dzień miniony i kubeł przechylony nadmiarem wysypuje cuchnącą zawartość z daleka od pobieżnego wzroku wycieczek.
Usiadłem. Nawet nie na ławeczce parkowej, nie na bulwarze nadrzecznym, ale na kamiennym murze trzymającym rzekę w ryzach. Usiadłem odpocząć, napić się wody i do niej splunąć. Resztę negatywnych uczuć wypocić i dać oddech nogom, żeby kolejnym kursem w rejs mnie uwiodły. Patrzyłem na nurt szeroko rozlany, na panoramę zza wody, na słońce grające w kółko i krzyżyk z wirami, słyszałem za plecami stuknięcia obcasów wysokich i flirt powlekany miękkimi głosami. Nawet wiatr podrywał głóg rosnący w kagańcu klombu, aż ten spurpurowiał owocami i trzepotał drobnymi listkami niczym rzęsami.
Było dobrze. Jest tak nadal. Widać jestem przypisany do miejsca, a obce strony muszą pozostać obcymi. Dla mnie nieznanymi, zbyt dalekimi, o walorach przewidzianych na zupełnie inne umysły. A ja? Zostanę tubylcem. Będę człowiekiem stąd, wolnym od chaosu geografii i widnokrąg ograniczę do miejskich granic. Jak ten burek podwórkowy, co świat poznaje na zasięg łańcucha. Jestem stąd i takim zostanę – ty rób co musisz…

 

Zaproszenie do domu.

Dodano 17 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Gdybyś tylko przyszła, to namalowałbym tobie piegi. Wszędzie, gdzie tylko byś chciała. Bez pośpiechu i starannie namalowałbym je rude, żywe jak małe dziewczynki, co w gumę grają, żeby się uśmiechał do ciebie świat cały. Nie gniewaj się na mnie, bo chciałem namalować cię piękną, ale pomyślałem sobie, że kiedy będziesz olśniewająca, to pewnie świat mi ciebie zabierze, albo wręcz sama uciekniesz, więc namaluję więcej charakteru. Takiego, który z doświadczenia wynika, albo z wagi zapamiętanych przeszłości. Taką również będziesz piękna, lecz już nie w oczywisty sposób. Usiądziesz na moim obrazie i nogę na nogę zarzucisz i pewnie powiesz coś kwaśnego, że siedzieć ci każę, kiedy dzień się nie spełnił, a obraz jeszcze brudem zarośnięty, a ty na nim nieuczesana, w poplamionej sukience i to rozpiętej zbyt odważnie. Może nawet nogą tupniesz, coś potrącisz, albo zamówisz butelkę wina, żeby ją wypić do połowy, a resztę rozbić o ścianę w złości i płaczu, że taką właśnie namalowałem cię dzisiaj. Może zapalisz papierosa i spluniesz mi pod nogi złorzecząc i szyderstwami nafaszerujesz zawartość mojego fartucha, wypychając mi kieszenie starymi pędzlami i niedojedzonymi kawałkami bułek, kiełbas, marchewek, brzoskwiń i sam nie wiem czym jeszcze, żeby mi się ciężko zrobiło od nieświeżego bagażu i żebym padł na kolana przed blejtramem i nie skończył. Żeby na obrazie ostatni uśmiech mgłą zaciągnięty został, a w oku wilgoć niedookreślona. Żeby z całej twojej sylwetki krzyczała do każdego samotność, nadzieja i oczekiwanie. Dlatego sukienkę niebieską ci namaluję, żeby kolejną łzą na obrazie się stała, a tobie usta zatopię w hardość wyrafinowaną, żebyś mogła krzyknąć, na każdego, kto będzie się przemykał niepostrzeżenie i nie zamieni z tobą słowa udając, że nie widzi, jak czekasz. Na sekundę uwagi. Na jedną chwilę wyłączności. Na świat tylko dla dwojga, na wektor spinający dwie pary oczy w poszukiwaniu zrozumienia.
Gdybyś tylko przyszła, to namalowałbym tobie piegi… Wypełniłbym pustkę prostokątnej nieskończoności tobą w niebieskiej sukience, żebyś miała choć takie małe, prywatne miejsce dla siebie, żebyś miała dokąd wracać, kiedy szeroki świat skaleczy, dokuczy lub zmęczy. Zapełniłbym tobą przestrzeń pełną niedopowiedzeń, żebyś nie była uboga w uczucia, żebyś każdą pasją i furią stać się mogła, lub cichą przystanią, jeśli w takim akurat pogrążysz się mniemaniu. Oddam ci widok zza okna, i miejsce za parawanem, jeśli będziesz chciała się przebrać zachowując pozory dyskrecji. Zostawię farbę rudą, bo jeśli ci pobledną piegi i stracą swoją dziecięcą radość, przyjdę i poprawię każdy z osobna, aż ożyje z blaskiem który ja w oczach wyobraźni już mam.
Gdybyś tylko przyszła… zdejmij spodnie i bluzę z kapturem, stań bosonogą dziewczynką, żebym mógł namalować dla ciebie sukienkę niebieską i garść piegów, jak Mgławicę Kasjopei na wrześniowym niebie, żebym rozsypał je pośród twojej intymności już na wieczność. Żebyś miała dom.

 

Potrafisz nie mówić choć chwilę?

Dodano 17 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Sprostytuować można wszystko. Każde słowo można przekabacić, obrócić i użyć jak zdradzieckiego noża, w plecy z ciemności rzuconego. Z każdego słowa bicz można upleść i uderzyć, żeby bolało najmocniej, do krwi i braku zapomnienia. Żadnemu słowu można wiary nie dać i zabić je na złość wszystkim, z sobą włącznie. Słowa jak miecze, tylko kłują dotkliwiej, zmieniają świat mocniej i na dłużej. Życiorysy niszczą, albo stwarzają iluzje. Budują gmachy świątyń i więzień, których nawet pilnować nie trzeba, bo napiętnowani słowem nie mają dokąd uciekać. A słów wciąż więcej i więcej i już znaczenia pierwotnego zapomniały, a bieżącego się wstydzą, bo tylko oszustwem i pozorem są naraz. Z wielkich słów zostały ogryzki wyszydzane, bez znaczenia i używane równie lekko jak przekleństwa w podłej knajpie, gdzie nawet światło nie jaśnieje, żeby wstydu nie rozgłaszać.
Rzeczy w słowach schowane stają się tak bezpieczne, że nawet właściciel ich nie odnajdzie. Może wrzucić i zapomnieć, udawać, albo paznokcie gryźć i szukać, jakby się przypadkiem zapodziały. Bo działania słowom podobne – inną wartość niosą niż wydawać by się mogło. Po co to komu? Dlaczego pies kłamać nie potrafi, a ważka sytości nie udaje? Kto nauczył płakać łabędzie, kiedy im samotność dokucza? Patrzę, jak człowiek próbuje drzewo przekonać, że wiosna, kiedy ono liście właśnie zrzuca i do snu zimowego się mości… Patrzę, jak ekwilibrystyką słowną wmawia światu obowiązki i puszy się przed innymi egzemplarzami, jaki zdolny z niego szermierz, a świat po cichu toczy swoje – prawdziwe słowa i znaczenia bliskie wieczności. On durny? A może to ja jestem nienormalny? Rzecz bez słowa nie istnieje, a złe słowo może uczynić ją niewidzialną, nieosiągalną i niedostępną. Parszywe słowo w rękach żonglera potrafi tajfunem przez świat przelecieć i łzy z milionów istnień wydusić. Nawet tych, co słów zrozumieć nie zdołają w życiu i świetnie sobie bez nich radzili. Może lepiej pomilczeć? Choć raz nie zabrać głosu i nie wyrazić. Opinii, nadziei, zdania. Dlaczego nie można tylko poczuć? I cieszyć się owym czuciem, albo bez uzasadnienia zmartwić? Na chwilę tylko, ale taką, w której słowa są zbędne.

 

Nowe widzenie.

Dodano 16 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Na otwartej dłoni trzymam malutki świat. Taki w sam raz dla mnie. Patrzę, jak się wstydzi swojego rozmiaru, ale dla mnie jest akuratny, nie za wielki, intymny i taki przysiadalny. Skrojony w sam raz na malutki organizm i niedługie życie. Przyglądam mu się dyskretnie, choć z bliska, a on rumieni się lekko, lecz jego też troszeczkę pcha ciekawość, jakim mu będę lokatorem. I też podgląda, sprawdza, czy pasujemy do siebie, czy będziemy potrafili się jakoś dogadać. Usiadłem w cieniu drzewa, nawet nie wiem jakiego, bo ono dopiero czeka, żebym mu nazwą znaczenie nadał, ale nie chcę w pośpiechu. Nie chcę skaleczyć nieuwagą i brakiem roztropności. Na razie patrzę w oczy mojemu światu i szukam w nim zrozumienia, rozsądku odrobiny i szczypty szaleństwa, szukam żywiołów, żeby zapoznać się z nimi z daleka. Dogadać, żeby nie skrzywdziły. Mój świat potrafi nos zadrzeć i pokazać dumę, ale potrafi też zatańczyć i w piruetach zatonąć. Potrafi gonić i uciekać – jak młody psiak. Zdolny taki. Do wszystkiego. I dla mnie ma wyrozumiałość wypisaną na obliczu. Może to rezygnacja? Bo on już wie, że pisane nam współtrwać. Zaistnieć w tandemie, być jednością, choć jeszcze przez chwilę stanowimy dwie osobne dusze, ale nie martwe, tylko puste. A kiedy już zamieszkam w moim świecie on napełni się mną, a ja nim i pieśń popłynie dziękczynna. Na otwartej dłoni unoszę świat, żeby się ubrał w ciepło wiatru południowego, w blask słońca, które też zagląda mrucząc sennie. Bo to nie burczenie apetytu niezaspokojonego, lecz kołysanka barytonem steranym wymruczana. I mój świat mruży oczy do tego słońca i policzki do wiatru wystawia, a ja… Hycnąć już chcę w niego. Zanurzyć się i poddać jego urodzie leniwej. Maluteńki świat na moją miarę skrojony, który oko do mnie puszcza porozumiewawczo – on już wie, że idę. Czeka na mnie i krajobrazy mi ścieli pod nogi. Aż po widnokrąg. Dzień dobry świecie.

 

Żal

Dodano 15 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Kap , kap, kap, kap, kap, kap ,kap, kap, kap ,kap, kap ,kap ,kap ,kap, kap, kap, kap, kap, kap ,kap. Drążenia kamienia posiąść wiedzę a potem w nim namalować kształty. Drążenia w kamieniu posiąść wiedzę by gdy się najmniej spodziewa w zmarszczki nakreślone wpuścić wodę .Przyjdzie mróz rozsadzić ,nic po sobie i śladu zbrodni nie pozostawi. Zapobiegliwy kamień okryje by starość nie była mu niebezpieczeństwem ale ty roztropną panną nie jesteś, nie byłeś i raczej mi się na zaczyn kogoś takiego nie wyglądasz. Nie wyglądasz mi też na męża a może wyglądać przestałeś. Wiem, rozumiem . Zniecierpliwiony chcesz uciąć ten watek ewentualny bo jest ci jak woda kapiąca na kamień a ty przecież podkładasz szmatkę, tak mówisz. – podłożyłem szmatkę kochanie. Wacik do demakijażu. Niesmaczny bo zużyty, co przez przypadek wypadł z kosza na śmieci. Dla ciebie to szmatka i powód do dumy. Gdybym ja tak być potrafiła dumna z siebie. Wczoraj, a może to już miesiąc temu było, rozmawiałam z Kingą, a może to była Dominika, albo… wszak to bez znaczenia . Dla ciebie bardziej chyba bez znaczenia niźli dla mnie bo zbieram te twoje wykorzystania porozrzucane po całym domu. Zbieram, sklejam, składam na tyle na ile umiem by mogły wstać i pójść by jako tako sklecone w drodze znaleźć lek , nadzieję. Posklejać się jakoś i poranione zacząć od nowa. Nawet, nie zbieram . Wybieram gdy sprzątam bo kto posprząta jeśli nie ja. Musze wstać wyjść . Muszę zrobić coś u kogoś za co mnie nagrodzi potem wrócić i robie coś za to też bym nagrodzona być chciała ale wybieram z pośród resztek, poszarpane naiwnością , zużyte przez ciebie kobiety. Wcześniej próbowałam , bezradnie próbowałam coś i jakoś się tym odnaleźć a teraz już tylko beznamiętnie wybieram, składam, wybieram , składam. Nie czynie już z tego zarzutu- wiesz dlaczego ? Wieczorem nie mam dość sił by słuchać kul karabinu jakie wyrzucasz do mnie a co dopiero łapać ich podobne do siebie kształty i układać puzzle.

 

Nie pozwól na samotność.

Dodano 14 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Wiesz, że nas nie ominie, że nie zapomni, bo wolna jest od wad ludzkości. Przyjdzie i weźmie jak własne, bo jest właścicielką. Przyjdzie i weźmie nie pytając, czy zdążyłaś szklankę umyć i obrus wyprasować, czy odwiedziłaś przyjaciółkę i wydałaś ostatni grosz na kolczyk w galerii promującej biedotę o artystycznym smaku, który jeszcze uznania koneserów nie zaznał. Przyjdzie i weźmie do tam, gdzie nikt nie wie, ale nie tu. Nie zostawi nic, poza masą żyzną, która ziemi co ziemskie jest winna. Powiedz, żem durny, że stary i sentymentalny. Że głuptas skończony, albo szklankę wina za dużo wczoraj wypiłem i stąd humor mam podejrzany, mroczny i melancholii pełen. Może, ale chcę trzymać twoją dłoń w mojej, kiedy czas przesypie się z westchnieniem, a naczynie życia stanie się pustą przestrzenią dla kolejnego istnienia. Śmiej się, że zupełnie mnie nie interesuje czyja dłoń szybciej ostygnie, kto pamięć w sobie nieść dalej będzie przez ten moment niedostrzegalny, jednak chcę. Dużo chcę prawda? Obraz twój zanieść do nowego świata, albo moim ciebie obarczyć. Żebyś pamiętała moją dłoń, gdziekolwiek będziesz. Dlatego już dzisiaj proszę cię o rękę. Inaczej nieco, niż w brazylijskich romansach, inaczej, niż w różowej serii książek, ale proszę. O twoją dłoń i obecność, albo zgodę na mnie, żebym stał się ostatnim dotykiem.

 

Malutka, zaściankowa nadzieja.

Dodano 13 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

A jak już przestaniesz zbawiać świat, kiedy wreszcie zrozumiesz, że małe sprawy ważniejsze są dla małego człowieka, a ów świat wielki sam sobie poradzi, byleś mu nie przeszkadzała, to przyjdź. Przyjdź do mnie niepokorna całkiem i zrób jak uważasz. Usiądź ze mną gdzie na trawie, na krawężniku tuż przy rogu bocznej uliczki, na fotelu naprzeciw mnie i niech w twoich oczach świecą się księżyce opowieści z dalekich stron, niech tętnią plany niezrealizowane, buńczuczne i zbyt wielkie dla tak wątłego organizmu. Kiedyś przyjdzie dzień, że siądziesz ze mną i papierosa ostatniego z paczki zapalisz i pluniesz niegrzecznie bardzo pod nogi anonimowych przechodniów i siedzieć będziesz ze mną milcząca, w malutkiej codzienności skrojonej na moją miarę. Takiej, w której pełno będzie nieistotności, detali, drobiazgów i paproszków nawet. Przestrzeń, w której nie zmieści się nikt, kto zajął miejsce na dowolnej stronie encyklopedii, gdzie myśli są tak małe, że muszą się zmieścić pomiędzy TY-JA, pomiędzy DZIŚ-JUTRO-WCZORAJ. Gdzie nie ma miejsca na najmniejszy nawet cokolik, a bogiem będziesz ty dla mnie i ja dla ciebie. Gdzie odległość mierzy się krokami, pomiędzy oczu otwarciem, a pierwszym posiłkiem, gdzie ciepło czai się w dłoni trzymanej kurczowym lękiem, że zniknąć gotowa, jeśli się jej nie poświęci uwagi… Wiesz? Przyjdzie dzień, w którym świat wielki urośnie jeszcze, zachwytem w oczach namalowany i wcale nie będzie potrzeby poznawać go całego. Wystarczy znaleźć jedno, dobre miejsce i w nim spełnić życie po kres. Jedno dobre miejsce, w którym dwa życiorysy zapleść się mogą nierozerwalnie i karmić się wzajem ciepłem uśmiechu, dotykiem czułym i widzeniem, które niezmienne, przewidywalne i stabilne. Świat, w którym można się bezkarnie zestarzeć, albo zdziecinnieć i klaskać rączkami, albo tańczyć w deszczu. Spacerować bosą nogą po trawie, czy nawet w śniegu się kąpać bezwstydnie. Przyjdzie taki dzień, kiedy siądziesz pomilczeć ze mną, albo światu powiedzieć: „nie szkodzi – istniej sobie na zdrowie”.

 

Pomóż zrozumieć, jeśli potrafisz.

Dodano 12 października 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Wieczorem… Wiesz? Wieczorem przyszła. Cukru podobno pożyczyć filiżankę. A ja, jak ostatnia perfidia zaśmiałem się jej w twarz, zanim ją wpuściłem. Bo nie wierzę. Taki jestem, że wierzyć nie umiem. Chuda była tak okropnie, prawie zagłodzona i przyszła do mnie zjeść coś więcej niż na trawniku przed domem rośnie? Ona i cukier… akurat – cukier, to ostatnia rzecz, której chciała. Więc posadziłem ją na fotelu – wiesz, tym z którego tak trudno wstać. Posadziłem ją i przyniosłem cukiernicę największą jaką znalazłem w domu. Złośliwie podałem jej wraz z łyżką, żeby pojadła najpierw, a dopiero resztę zabrała ze sobą, jeśli tak bardzo jej cukru brakuje. Zostawiłem ją samą i poszedłem znowu do kuchni, bo tam (jak po złości) miałem trzy ciastka z kremem, spore kostki jak z wielgaśnego tortu uciachane, to jej też przed nos postawiłem, a ona… Siedziała zagubiona, przytłoczona cukiernicą w której chyba pół kilo się zmieściło i ręce miała łyżką i naczyniem zajęte, szkliste oczy, a na stole przed nią Himalaje ciastek z kremem – słodszych od tego cukru nawet. A kiedy zaczęła płakać, to uwolniłem jej ręce od tej cukiernicy, od łyżek, i ciastka odepchnąłem w cień, żeby księżyc nawet nie świecił w tamtą stronę i zapytałem, czego ode mnie chce. Po co przyszła wieczorem, wiedząc, że sam siedzę w chałupie.
To już gorzej zapytać nie mogłem zupełnie, bo już nie szlochała, a beczała, jakby z oczu chciała uwolnić biblijną powódź. Machnąłem ręką, bo arki i tak już nie zdążę zbudować. Chciałem jakoś uszczelnić te wycieki, albo chociaż skanalizować je, żeby kwiaty na balkonie podlać, ale gdzie tam. Obruszyła się na mnie, żachnęła, kiedy tylko zbliżyłem się ciut bardziej, niż na szerokość stołu. Jedyne dobre, to że wyciek ustał i teraz kipiał wulkanem zgryźliwości i jadem siekał po oczach. Do mnie? W końcu, to nie ja po cukier lazłem wieczorem w kapciach i miękkich materiałach, które chwalić miały kształty wieszaka skrywające się pod nimi. Jeszcze chwila, a poprosiłbym ją o klucze do jej mieszkania i tę noc spędzilibyśmy u siebie nawzajem, bo ruszyć się nie miała zamiaru. Nie zdążyłem, za to dowiedziałem się, że świnia jestem skończona, cham i w ogóle, i nic nie rozumiem. Zgodziłem się i nawet kłamać nie musiałem, bo rzeczywiście nie rozumiem. Po co przyszła? Obrażać mnie? Popłakać? – to niech powie, a nie wymyśla jakieś słodkie bzdury z cukrem. Że pogadać chce, albo się wyszlochać na moim fotelu, jakbym za psychoanalityka miał robić. W żołnierskich słowach próbowałem wyjaśnić, że facet jest zwierzę prymitywne i bezpośrednie i mówić należy to, co się chce osiągnąć, a nie to, czego się trzeba domyślić, zgadnąć, czy wiedzieć – jak wiedzieć, kiedy i skąd??? Dramat. Przecież nożem i widelcem rozgarnąłbym jej mózg i dalej nie zauważyłbym tego, czego podobno miałem się domyślić, kiedy widzę, jak stoi z filiżanką na mojej wycieraczce. E tam! Wycieraczce… Siedziała w tym fotelu i dalej nie miałem bladego pojęcia, z jakiego powodu zaszczyt mnie kopnął i wiązanka żeńskich obelg wyfrunęła wprost z mojego fotela.
A ona… Kosmos zupełny. Ona wtedy powiedziała mi, że bardzo mi dziękuję, że jej było tego właśnie trzeba i że przeprasza, a w rewanżu, to ona mi zrobi ciastko i przyniesie, bo sama widzi, ze żadnej baby po kątach nie chowam i kupne słodycze jej pod nos podstawiam, a ona domowe, dietetyczne, ekologiczne, warzywne, z marchwi, czy innych podejrzanych produktów przyniesie… Za karę??? Poszła wreszcie, a idąc po schodach kręciła tyłeczkiem, jakby w totka wygrała i gdyby jej kto ogonek podczepił, to tym ogonkiem pomalowałaby ściany i sufit zanim do swoich drzwi doszła. Stałem teraz ja na tej wycieraczce i gębę miałem rozdziawioną, jakbym cud boski zobaczył, ale chyba tak właśnie było. I ja mam coś z tego zrozumieć? Już myślę, żeby kozę kupić albo królika, bo kto zeżre to ciastko z marchewki? Żeby choć ten cukier zabrała…