Dylematy wyśnione.

Znowu śniłaś mi się i byłaś tak niesłychanie nieznośna, taka niepokorna i do cna zepsuta, że aż oddech mi odebrało i obudziłem się potem zlany całkiem i szczęście pełne, że pęcherz wytrzymał, co nie było do końca pewne, bo pościel mokra na wylot. Patrzyłem na ciebie w łóżku leżąc, jak się rozbierasz powoli. Okropnie powoli, jakbyś chciała mnie zniewolić, powalić i odebrać rozum, a ja pogrążałem się w tym szaleństwie i patrzyłem na ciebie, jak wciąż bardziej i bardziej, ale tak wolno, że każdy guziczek odpięty był mezozoikiem, a każdy odsłonięty centymetr olśniewający mnie swoją nagością w latach świetlnych już był liczony. Suchość mnie dopadła saharyjska taka i wcale oddychać się już nie dało, bo w gardle rosły skrzepy od krwi stygnącej w kostropate strupy, a oczy zamgliły się twardniejąc w tym pozbawionym wilgoci widzeniu, a ty wciąż wolniej… Minęła wieczność jedna, później druga, jak zdrętwiały, otępiały i jednym widzeniem przejęty do szpiku, drgnąć wcale nie byłem w stanie, a ty… usiadłaś na mnie okrakiem i nagością własną wzięłaś mnie w posiadanie, a kiedy krzyczeć zacząłem w ekstazy szczycie rozprułaś mi tętnice szyjne i patrzyłaś jak wycieka ze mnie życie. Nie czułem bólu, pochłonięty jeszcze doznaniem, z tobą w oczach czułem wyłącznie ciepło, wielkie, wszechobecne ciepło, które z lędźwi wypłynęło i nadal aureolą drżenia trzymało mnie w objęciach, a szyja w pulsie gorączkowym wypluwała kolejne hausty życia na poduszkę, na prześcieradło. Patrzyłaś na mnie oczami wielkimi jak dwa słońca, jak przeznaczenie i karma wiernych, a ja umierałem nie wiedząc nawet. Chciałem ci podziękować, przytulić chciałem, lecz odepchnęłaś moje dłonie, ukrzyżowałaś je w tym katafalku łóżka. Nie miałem sił protestować. Krzyczeć już też nie mogłem, a błogość rozlewała się bardzo tak, że ta krew jasna, pulsująca, wsiąkająca, płynąca pomimo i wskroś wcale mi nie przeszkadzała, bo czułem ją mrowieniem podobnym do tego, które objęło ciało całe. A wtedy ty… zaczęłaś płakać i modlić się nim całkiem umarłem i siedziałaś wciąż na mnie okrakiem, a ja w tobie i krew wszędzie, że tylko patrzeć, jak się poduszka rozpuści w tym czerwonym oceanie, który gniewu nie zna, a tylko żal i smutek nie wiadomo skąd przybyły. Patrzyłaś na mnie i płakaliśmy już wspólnie, bo każdy z nas zrozumiał, że właśnie się żegnamy, że kolejne spotkanie, to już w innym świecie, a teraz… dobranoc, kochany, czekaj na mnie tam, dokąd zmierzasz. Przyjdź kiedy, odwiedź mnie, opowiedz. Pogłaskałaś mój policzek krwawe smugi malując na nim, a ja słabnący, mdlejący miałem w oczach twoją sylwetkę, i piersi ostro zarysowane i włosy kaskadą mgławic spływające i te łzy, którymi chciałaś mnie napoić, żebym spragniony nie poszedł do świata innego. Oddałem ci życie, tak jak ty oddałaś mi ciało i duszę. I nie mi teraz roztrząsać, kto więcej dał, a kto wziął. To nieistotne. We łzach zmieszanych, w spełnieniu wiotczałem cały, żeby wysunąć się z ciebie i z życia. Jednocześnie, cicho, bez skargi. Do zobaczenia tam. Przyjdź, będę czekał.
A kiedy wstałem snem pijany, roztrzęsiony, a w łóżku ciebie nie było i krwi ani kropli, tylko w pościeli pot i spełnienia plamy… i nie wiem teraz już całkiem… byłaś u mnie choć chwilę?

Jak się nie ożeniłem znów.

A było gębę otwierać? I teraz już się zaczęło. Będzie się ciągnąć lawinową reakcją, eskalacją i już po zębach jad spływać zaczyna, a we wzroku piana gęsta odbiera jasność widzenia i stopa z japonka zdradziecko cicho się wysuwa do każdego podstępnego mawaszi, matahari, albo harakiri. W zaciszu czaszkowych zakamarków snują się myśli podstępne, podłe i zabójcze. Płyną pod prąd zdarzeń nawet i atomowym grzybem zwieńczone wykaszleć chcą pulsującą nienawiść. Duma, całkiem radziecka, zdradziecka, jednym, wojennym urrra snuje zgodnie plan geniusza, który w pogardzie ma byt jednostki i wielkość własną ma wymalowaną na pysku nienawiścią do wszystkiego, co nim nie jest. Przetrząsam w pamięci słowniki szukając kar i tortur wystarczająco wyrafinowanych, żeby zaspokoić mój gniew, moją pasję szewską, czegoś, co gotowe położyć się na drugiej szali i zmierzyć się z tą moją, już wyhodowaną we mnie i dojrzałą.
Ostygnąć próbuję, barany zliczam i mantry powtarzam jakbym paciorki różańcowe przewijał bezmyślnie klepiąc słowa, które już znaczenia żadnego nie mają, tylko się toczą, się toczą, się toczą i nigdzie dotoczyć się nie potrafią. Raz – wdech, dwa – wydech, trzy – zdechł. Za mało, za krótka wyliczanka i wraca temat mordu za mordę własną nie za dobrze wyparzoną, nienamydloną i pochopną wielce. Paskuda taka wyrosła na mnie i zamiast myśleć, tokuje bezmyślnie, własnym się chwaląc słowotokiem. A niechby pomilczeć chwil kilka, odczekać, aż się we łbie ułoży w scenariusz, niech sprzęgnie się z treścią i ciągiem dalszym, niech napiętnuje rozwagą, czy choćby krotochwilą. Ale tej chwili potrzeba widać, bo życie bogate i na każdą okazję gotowych dialogów się nosić nie da.
A ja? W sklepie byłem. Zdarza się w najlepszej nawet rodzinie taka owca czarna, co do sklepu wejdzie i okiem na półki rzuci, chociaż nie musi wcale. Poszedłem i rzuciłem. No… może nie na półki bo pani za ladą jak cud, jak anioł, nie-lada-co, tylko objawienie, dotknięcie boga w każdym wyznaniu i zabobonie, nie krzak gorejący, bo on we mnie rozgorzał i mózg mi całkiem wypalił. Jaki to sklep? A za cholerę już nie wiem, czy szmaty, czy buty, czy chemii do odstraszania owadów i wywabiania plam… Ze mnie zeszły plamy – te resztki myślenia, co bezkres kalały rozumu. I stałem jak żona, co się Lotowi obejrzeć zachciała i nawet rzęsą najmniejszą nie ruszyłem. A pani podeszła łagodnie, popłynęła widnokręgiem do mnie i otoczyła mnie własną aureolą z uśmiechem. Tak, z tym uśmiechem, z którym podchodzi się do paranoika, żeby go nie rozjuszyć, żeby w galimatiasie własnych myśli nie rozpoczął kolejnej światowej zawieruchy i z rykiem strasznym nie wyruszył na podbój kosmosu miażdżąc po drodze paprochy nieistotnych bytów. Podeszła do mnie z uśmiechem wizja, jak z młodych chłopców snu, troszkę tylko skrupulatniej odziana, woniejąca wytwornie i w ruchach niedyskretnie powabna. Kompilacja marzeń w zbyt wielu wytryskach autodestrukcji niedojrzałej, prężącej się i głodnej tak, że nasycić się nie zdoła ów głód przez wszystkie lata następne, więc upustu wymaga natychmiast, nim do konsumpcji właściwej przystąpi. Podeszła i zapytała:
- czym mogę służyć?
A ja jak kretyn, którym zapewne jestem, z tą gębą rozdziawioną i z tym kamiennym bezruchem we mnie tkwiącym, ja… dziękuję odpowiedziałem. I ona nie wie, że dziękowałem jej za obecność, za to że raczyła się w moim świecie objawić, że namaściła mnie obecnością, żebym teraz cierpiał za miliony i szukał choćby cieni owej urody gdzie po galeriach, czy kinach. Wystarczyło przecież odpowiedzieć żarliwie szczerze – sobą, niech pani będzie tak miła i własną osobą proszę mi służyć, przez mgnienie oka zaledwie, przez jedno wahnięcie wskazówki mojego życia – do jednej nieważnej śmierci. Tej mojej.
I teraz wściekam się na siebie i własnej głupoty rozmiary, bo ta, brzegów już chyba nie ma i rozlewa się poza horyzont. A pamięć popłynęła szukać rozumu, więc pewnie również nie wróci. I zostałem. Sam. Bez anioła, bez pamięci i bez rozumu. Tylko się powiesić, ale kiedy smętnym wzrokiem popatrzyłem na wisienkę, to jedyny konar mogący utrzymać moją głupotę w powietrzu ktoś wyciął już dawno i rana się zabliźniła. To nie wiem już sam. Szukać? Kobiety, czy innej gałęzi? Barany liczyć, czy gwiazdy na niebie w przerwach wyciem naznaczonych chwil?

Wiara przynosi efekty.

Nie było trudno wstać, bo aura jakaś przyjaźniejsza a i perspektywy nastrajające pobudzeniem . Podnieceniem może nawet ale wbrew przekazom, dzienniczków dla młodych chłopców, podniecenie nie ustąpiło wraz ze zjedzeniem porannej porcji płatków z mlekiem. Wzmogło się , gdy przez rąbek niezakrytego białym obrusem telewizora, do pokoju wpadło malutkie , delikatne, wróżące ciekawe chwile, skojarzenie. Nie chciałem i nie było dziś moim celem zmarnować go a wręcz przeciwnie, powzięte poza świadomością podniecenie zechciałem świadomie wykorzystać dla podbudowania swojego ego chociaż wersja oficjalna głosić będzie zupełnie co innego. Wyzwania. Wyzwania mnie motywują więc dałem radę ze swoim ciałem zrobić Dość by nie odstraszało a nawet wiodło na pokuszenie wszak bez strzelby, łuku czy trutki jakiejś, szedłem na łowy. Wyzwaniem nie same łowy a pora owych łowów. O poranku , gdy ciała młode nie są dość zleżałe by od łoża się oderwać, wyzwanie nabiera smaczku a szukanie w miejscach, chwilami niedostępnych , podnieca więcej niźli może ustrzelenie ofiary na spełnienie. Wszedłem do sklepu i na pocztę już czynną i zerknąłem na bazarku gdzie owoce przemyte ze świeżymi się mieszały. Wszedłem do biura i banku i uśmiechałem się sam do siebie bo nie stało się coś co takie łowy czyniło bezskutecznymi. Nie wezbrało we mnie zniechęcenie, zmęczenie i pretensja do ofiary, że nie pojawia się w moim zasięgu.” Nie traćcie nadziei”, w słusznej sprawie powiedziano ale wszak wzorce bierzemy od najlepszych więc nie straciłem ani odrobiny pewności siebie i wiary w zwycięstwo. Przyszło szybciej niż się spodziewałem gdy idąc tyłem i gapiąc się, bo to prawdziwe słowo, na zachwycająco czysty, strasznie stary , samochód, poczułem uderzenie i zaraz po nim słodkie: ”-przepraszam”…. Ależ to ja … dziękuję że wpadłaś na mnie… zaciekawiona przekrzywiła łepek jak ptaszki z gałązki mojej znajomej. Zabrała wolną ręką nieistniejące piórko z mojego ramienia… Poszliśmy do niej… herbata, rozmowa a potem obudziło się dzieciątko i czas było na mnie. Nawet tak źle zaczęty dzień może skończyć się dobrze a że tak będzie, wiem, zasłużyłem wszak na nagrodę za dobry uczynek. Odbiorę osobiście.

Anonimowa kronika – prolog.

Buńczucznie, na wypadek, gdybym miał zostać wielkim człowiekiem postanowiłem napisać życiorys. Teraz, dopóki nie jestem, bo wielki człowiek nie będzie miał czasu na pisanie życiorysów, więc teraz, póki co, póki mój czas można dowolnie mitrężyć. Najwyżej nie przyda się, ale wtedy i tak nikogo nie będzie to obchodziło, jak marnie strawiłem żywot na produkcję życiorysu. A kiedy już napisałem „urodziłem się”, to za głowę aż się złapałem na to kłamstwo wierutne. Nic do gadania nie miałem, a pochlebiam sobie bez sensu, jak narcyz jakowyś – prawdę gadać trzeba. Zacząłem od nowa i w skupieniu, żeby szczera prawda płynęła żywym ruczajem.
Pewnego zimowego poranka mój nosiciel miał już serdecznie dość pasożyta w organizmie i wydalił mnie, jak się wydala wczorajszą biesiadę, czy kolację we dwoje – bez różnicy. Mój rozchwiany umysł nie pracował zbyt efektywnie, a wzrok był jeszcze zmysłem przyszłości, więc pewne szczegóły wkrótce po wydaleniu mogą być zabarwione moją chwiejną wyobraźnią. Wydaje się, że w kolejnym ruchy zostałem odcięty od źródła. Żarcie i oddech przestały docierać od dawcy, a złośliwiec w białym fartuszku trzymając mnie za nogi głową w dół rzekł – teraz radź sobie sam. I przylał mi w tyłek, żebym o pierworodnym grzechu pamiętał. Pamiętałem i gorzko zapłakałem po raz pierwszy w życiu. Potem, to już byłem żyty. Karmiony, pojony i ubierany, a jedyne odruchy wykonywane własnowolnie, to płacz, sen, krzyk i śmiech. I oczywiście wydalanie, bo to pierwsza poznana przeze mnie czynność na tym świecie. Wpływu nie miałem na nic i nikt nie pytał, czy chcę, czy się podoba. Taka przymusowa zsyłka all inclusive, z biletem w jedną stronę. Dostałem nazwisko po nosicielu i imię, żeby mnie jakoś oznaczyć pośród innych pasożytów. Nie walczyłem z tym imieniem jakoś specjalnie uznając, że coś się nosicielowi należy, a sam po indiańsku dorobię się własnego imienia, gdy na to zasłużę. Żeby nie było, że taki zupełnie już beztroski byłem, to przeprowadziłem zwiad. Rękami po własnym ciele, kiedy zdarzały się te chwile nieuwagi i ciało moje było dostępne dla moich dłoni. Pewne detale sugerowały mężczyznę, ale to znów nadużycie. Nadwyrężanie słów zbyt dużych dla takiego ogryzka w szmaty jakieś owiniętego. Powiedzmy, że dryfowałem z wolna w stronę męskości, jednak stan ten aż tak oczywisty nie był zapewne, bo do dzisiaj mam sutki (po cóż mi one???). Może kiedyś dogonię tę domniemaną męskość i jeśli się uda, to oznaczałoby, że życiorys się przyda. Na razie poprzestańmy na domniemaniu męskości. Jakiś czas upłynął, a ja w tym kurorcie wylegiwałem się, puszczałem bąki i bulgotałem. Kwiliłem i rechotałem, rozróżniając dni i noce zmysłami, jednak strategii jakichś wyrafinowanych nie miałem. Moim przetrwaniem, guru survivalowym został żywiciel, przodek zwany tu matką. Ona mnie żyła i pilnowała, żebym zdołał skoordynować ruchy i myśli, żeby okrzepły i dojrzały. Poradziła sobie… Uff – to nie było oczywiste, bo wydalony zostałem bez instrukcji obsługi, a mój twardy dysk był miękki, żeby nie powiedzieć płynny. Poradziła sobie – zuch dziewczyna! Nawet ona dość miała, albo świat tak właśnie hoduje drobnicę na chwałę przyszłości. Przeniesiony zostałem do szlifierni charakterów. Tak zwane przedszkole. Osadzony pośród mi podobnych niedopracowanych i kanciastych tworów niczym w bębnie polerskim miałem ogłady nabrać jak kamienie do wisiorów – wielogodzinne tarcia, ocierania i przepychanka wygładzić mnie miały i wkomponować w świat, którego zadaniem było pomieścić coś więcej niż tylko mnie, czy mnie z żywicielem.
Straszne – ledwie dobrnąłem do początków świadomości z tym wyzwaniem… Może lepiej już z tej wielkości zrezygnować, bo życiorys skomplikowany jest bardzo i trudno określić ile czasu mi zajmie. A zlecić jakiemu gryzipiórkowi, to zełże podle, albo oszuka. Zostać wielkoludem ze skrzywionym życiorysem? O nie. To już lepiej zostać malutkim człowieczkiem, ale z prostym, choć nienapisanym CV. I na tym poprzestanę… chyba…

Śmierć niewinnego.

Kwiatem chciałem twój dzień ozdobić. Zupełnie bez przyczyny; ot, taki kaprys, jakich wiele na co dzień spotkać można. I w miasto poszedłem na początek, bo tak najłatwiej, najszybciej i wybór powinien być przeogromny. Poszedłem w miasto i kwiaciarkom w oczy zaglądałem bezczelnie, a one w uśmiechach chowały prawdę. Wiedziały, że szukam, że znaleźć nie umiem, a one chętnie pomoc mi ofiarują i kwiat za mnie wybiorą, niech się tylko przyznam dla kogo i z jakiej okazji. A ja… bez okazji, a ciebie zdradzić im nie chciałem, więc milczałem jak umiem milczeć, tym milczeniem bezdennym, odtrącającym każdy dialog nim się narodzi i patrzyłem oczami wypłowiałymi, wypranymi tym dniem niepozornym, w którym kaprys się spełnić miał, a nie mógł. Pośród mnogości roślin, nie było ani jednego kwiatu, który chciałby być twój. Smutno mi się zrobiło i kroki wciąż bardziej spieczone niepowodzeniem dreptały nieporadnie, a kwiat żaden nie pisnął, nie wspomniał ciebie życzliwie i iść ze mną nie chciał. Plac cały kwiaciarek, kwiatów niechcianych więcej, niż książek w tanich księgarniach, niż kurzu drobin pod mymi stopami, lecz żaden twój, żaden tobie pisany. Szedłem wciąż wolniej i wolniej, a kolorowe, pachnące kwiaty śmiały się w oczach kwiaciarek nieszczerze. Ktoś ukradł mi portfel zuchwale, inny niechcący na odcisk nadepnął, we wzroku nieznajomej znalazłem pytanie, czy będę tym, który rozproszy jej dzisiejszą samotność, ale nie – nie ja jej pisany byłem, więc tylko smutny uśmiech zawiesiłem jej na szyi, żeby otuchy dodać odrobinę. Poszedłem w końcu zniechęcony. Obrażony na kwiaty i dzień ten nieudaczny całkiem, lecz przecież dzień ciebie miał być pełen, więc szukać począłem w mniej oczywistych wyborach. Pod rzeki prąd iść zacząłem między działkowe ogródki, wille dostatkiem przystrojone, milczące i tabliczkami na płotach warczące na każdego obcego, który odwagę miał wzrok nad furtką przerzucić. Poszedłem w nieskończony bałagan podmiejskich łąk, bo tam niestrzeżone kwiaty rosły samopas, jak im natura łaskę okazała. Zbyt późno na fiołków aromat, na kaczeńce żółtym dywanem, na każdy dzwonek, który wiosnę zwiastuje, ale poszedłem. W chwastów moc nieugiętą, w nieużytków gąszcz i samosiejek bez liku. W końcu znalazłem. Krzak, w którym zapach twoje imię chwalił i łasił się do moich oczu, abym nie pominął. Wziąłem podaną mi w dłonie gałązkę, a kwiat otoczył mnie aromatem i szeptał przysięgi. Nadzieje szeptał i błagał, żebym przyspieszył, żebym zdążył, nim pełnia urody jego nie zgaśnie. Gnałem, pot płynął po twarzy, bruzdy ciemne malując, miasto niechętnie zbliżało się krajobrazem, skąpo, wręcz odpychająco. A ja pomimo. Gnałem do ciebie nie wiedząc gdzie jesteś. Mrok nakrył mnie z góry i tylko latarnie nadzieję dawały, że nie pobłądzę, że trafię. Trafiłem. Trafiłem daremnie niestety. Nie było cię absolutnie. Nie wiem dlaczego, nie wiem dokąd poszłaś. Dzień miałem tobie kwiatem ozdobić, a dzień umarł i ciebie nie ma. Powiesiłem na klamce gałązkę, która z żalu uschła. A sam… W mrok poszedłem na krawężnika stopień usiąść i milczeć. Przez noc milczeć do ciebie.

Jaką jestem ?

Starałam się zrozumieć, patrząc na słowa jakie rodzę, co mną kieruje, skąd biorę , na jaka półkę odkładam . Dlaczego dźwięk, dlaczego szept, dlaczego wrzask i dlaczego tęsknota. Dlaczego kobietą jestem a dlaczego zrazu , natychmiast niemal , wulgarnym, łuskami okrytym bezdusznym wężem, który wciąż i wciąż realność rzeczywistość omiata rozdwojonym językiem wydając z siebie słowa, obrazy, historie i życia z których, ja ta prawdziwa czy ja ten oszukany, mam wybrać co prawdą co kłamstwem. Co jawą jest co snem . Zapładniam samą siebie co dnia niemal i rodzę w bólach codziennie niemal nowe istnienie. Biorą mnie za małżeństwo biorą na języki a kim że ja jestem, kim według fizyki?

Przyszłość z dostawą na telefon.

A kiedy wreszcie otworzyłem oczy i zerknąłem na świat – nie żeby jakoś specjalnie mądrze, żeby roztropnie i twórczo, ale poniekąd trzeźwo i bez tego zachłyśnięcia się, że w ogóle jest, jedynie z mimowolną ciekawością, w którym jego kawałku ocknąć się przyszło i skąd podjąć ciąg dalszy, skoro już ta cała teraźniejszość uczepiła się nogawki i piszczy żałośnie, że mało. Czego jej mało? Ano chyba owa teraźniejszość głodny wzrok ma wbity w to jutro niepewne. W przyszłość domniemaną, wymodloną, w pieśniach poety sławioną. Co robić było, gdy teraźniejszość kopa wymierza i pcha w przyszłość. Nawet krok zrobiłem elegancko i na pysk nie upadłem. Nieźle – umiem chodzić. To może zbyt wielkie słowo, bo jeden krok Korzeniowskiego ze mnie nie uczyni, ale początek niczego sobie. Autozachwyt trwał, gdy drugą nogę uniosłem i postawiłem przed tą pierwszą. Znowu sukces! Już miałem ci sms wysłać, że nadchodzę, albo, że idę drogą do przyszłości, i być może się spotkamy, jeśli ty również, alem się powstrzymał. Może śpisz? A może lepiej niespodziankę ci zrobię i dojdę znienacka i gdzieś w tej przyszłości nieskończonej będę cię szukał aż znajdę. W sumie, to mogłem leżeć tu nadal, bo ta przyszłość ma jakieś takie wmontowane ustrojstwo, że sama się popycha do przodu. Mobilna taka, że aż perpetuum. Uporczywa. Gdzie mi tam do niej startować. Ja amator, który krokami dwoma wkroczył w przyszłość, a ona zwiędła od razu i drze się do mnie, że mało. I nogawki mi podgryza jak psiak młody i aż piszczy o więcej uwagi. Na trybunach czas zasiąść dostojnie i patrzeć, jak z gracją przyszłość się dziać zaczyna własnym kołem tocząc się do fortuny. Może jakieś okruchy wypadną, to się schylę nieśmiało. Podniosę grosz, albo dwa na toast większy, na jutro obfitsze. A Gracja niech idzie, niech w jutrzejsze się szaty odziewa, niech dojrzewa, starzeje się i gnić poczyna, w niebyt nawet ulatuje, gdy ja tu taktycznie, w drugim szeregu miejsce zająłem, pośród maluczkich, którym sił już zabrakło na samodzielny spacerek do wieczności i patrzymy sobie klaszcząc, albo żrąc chipsy. To może już wyślę ci tego sms, żebyś nie czekała po próżnicy, bo owa przyszłość już beze mnie się toczy. Ale, gdybyś była, to weź coś zimnego do picia i przyjdź na trybuny. Mam miejsce dla ciebie. Poklaszczemy razem. I chipsy weź, bo może zabraknąć, tu żrą je jak wściekli.

Naukowcy ,

odkryli plamę na słońcu i o Tobie by napisali w gazetach że coś odkryłeś gdybyś otworzył oczy gdy mnie całujesz.

Horror.

Można się własną maligną spocić? A owszem. Nie powiem po czym, jednak wizja dopadła mnie i w stan nadrealizmu popadłem. A przede mną obraz – wyraźny, analogowy i w żadnym pikselu nie umajony, by stać się bliższym tajemniczo określonym ideałom. Można wręcz rzec, że beztrosko nagi nadrealizm i szczery, jedynie moim brakiem talentu draśnięty. Może podlegam leczeniu, a może tylko szyderstwu, wkleję nim się rozkleję. Zaczęło się tak:
Wirus przybył. Nikt nie wiedział skąd i dlaczego teraz, ale fakty pozostają nieubłagane – bez względu na wszystko zalągł się i to nie jakoś lokalnie i zaściankowo, ale globalnie. Zupełnie jakby wbił w oba bieguny ziemi proporce niczym Amundsen i chwycił je dumnie. A później… systematycznie, bez pośpiechu z niewysłowioną precyzją pożerał kolejne południki sunąc równo z nocą. Szedł przez świat niezauważony, w mroku gęstym, ani o krok go nie wyprzedzając, lecz to wystarczyło, żeby w dwadzieścia cztery godziny ziemską logistykę rzucić na kolana. Przez jedną krótką noc, w niewyjaśniony dotąd sposób pożarł całe obuwie; kapcie z futerkiem, plastikowe japonki, gumiaki i walonki filcowe, skórzane buty i nawet czerwone-szpilki-tylko-do-sypialni. Słowem wszystko, co ludzkość na nogi zakłada, żeby krok zrobić. Desperaci próbowali poruszać się w siedmiu parach skarpet, jednak to proteza bardzo zdradliwa i politowanie budząca – do garnituru? A sukienki piękne, zwiewne, przy brudnych nóżkach też jakoś urok straciły błyskawicznie. Osiadło więc społeczeństwo i tylko internetowi i telefonii zawdzięczać, że komunikacja ocalała. Samozwańczo powołałem się na stanowisko marszałka i lokalizację własną mianowałem kwaterą główną. Na początek zatrudniłem starsze panie i pod broń je powołałem – niech dziergają na drutach łapcie z grubej włóczki. W świat wysłałem barbarzyńców w dresach. Wiatr zadrżał w runie zwierząt wełnistych, nie pominął nawet sierści płowych i kundli bezdomnych. Skóry na zwierzęcych grzbietach zatrzęsły się z oburzenia, ale co robić. Wirus wstrzymał ruch na planecie i trzeba działać szybko. Bezwzględnie.
Wirus niezmordowany drugie okrążenie rozpoczął i tempa nie zwolnił ni o sekundę. Przefrunął mrocznym oddechem i pozbawił świat tekstyliów. Doszczętnie i dokumentnie. Znikło wszystko co naturalne i to, co mądre głowy wymyślić zdołały z polimerowych łańcuchów. Znów najbardziej zdeterminowani, gnani potrzebą wyższą usiłowali poruszać się wstyd maskując kartonami, albo płaskimi monitorami, czy też ustrojeni klapami laptopów chyłkiem zmierzali do jakiejś codzienności, ale ta tak niecodzienna, jak ich wygląd była. Pomyślałem – szok potrwa dzień lub tydzień, a potem głód wygna naród na zewnątrz, by pośród nagości wszędobylskiej wstyd okrzepł i zanikł. Ileż tej zimy kosztować będą walonki… futerka… Chwilowo ubezwłasnowolniony lud, jeszcze wstydem skrępowany, a upokorzona nauka słała wieści w świat szeroki – więcej plastikowych butelek, przerabiać na polary, szyć, szyć całodobowo i w święta też, całe Chiny i Wietnam, tureckie getta i obozy uchodźców w afrykańskich sawannach. Szyć, wszędzie i ciągle, butelki zbierać i dostarczać. Lecz kto, kiedy nagość rozum odbiera, bo ona tak długo skrywana była, że na światło dzienne wyjść się boi i nawet aktorki porno darmo nie chcą łazić z nieopalonym tyłkiem na wierzchu…
A tu noc kolejna nadchodzi, a wirus po łbie się podrapał, albo po tym czymś, co miało być łbem, jednostką centralną, siedzibą myśli, czy czymś adekwatnym i kolejne podejście do żarcia południków robi. Co teraz? Świat siedzi goły i wcale wesoły, a wirus trzecią rundę toczyć zaczyna. Ciemność gęstnieje… do jutra. W nowym świecie… bez czego jeszcze?

Z archiwum sądu.

Było tak. Na początku zapadł wyrok – winny! Wszystkiego i za wszystko. Można się było spodziewać bardziej urozmaiconej argumentacji, jednak pogoda – ona chyba sprawiła, że procedury zostały skrócone do absolutnego minimum. Miałem nawet usta otworzyć, alem został skarcony wzrokiem i niemalże ukrzyżowany takim specjalnym spojrzeniem, spod brwi zmarszczonych, chyba specjalnie na taką okoliczność wyhodowanym. Zmilczałem, bo nie jest rozsądnie kłócić się z rozjuszonym drapieżnikiem o pazurach wyostrzonych jak japońskie katany zanim postument ołtarza opuszczą i na ścieżkę wojenną zaprowadzą shoguna. Milutko się zaczęło, ale dobrze byłoby wiedzieć za cóż pokuta i jak wielką ona. Może nie sam ją będę odbywał? No i się dowiedziałem, a nawet pytać nie musiałem, gdyż ciąg dalszy nieuniknionym był, jak świt po nocy, albo kac po spożyciu. Anatema i banicja. Wieczne milczenie i rozmowa z rewersem. O awersie mogłem tylko pomarzyć, albo gdzieś w lustrzanym odbiciu je ujrzeć. Rewers (niczego sobie, taka klepsydra ożywiona, może nawet zbyt ożywiona i współcześnie owo ożywienie nazywa się ADHD, ale miły obrazek, estetycznie uzasadniony i pociągający) gadatliwym już nie był wcale. Wielkością napuszoną, obrażoną i wściekłą zaszczycił mój wzrok judasza i oddalił się niecnie. Do swoich (czyli nie moich) światów. Pozostałem na wygnaniu, chociaż nawet kroku nie uczyniłem, a gęba otwarta jeszcze pod wpływem szybkostrzelności mowy i tej bezwzględnej, zimnej podpartej analizą swoistą logiką, która mnie w proch świata obcego rzuciła i kolana mi zdarła nim w ów proch opaść zdążyły.
Winny, niech milczy, czegóż jęzor ma strzępić po próżnicy, skoro sąd ostateczny już się oddalił, a mnie z wyrokiem pozostawił na potępienie i lamenty. Klapnąłem na zadek, bo nawet eremitom usiąść chyba wolno, a jeśli nawet nie, to przecież gorzej już chyba nie będzie, szczególnie, że nadzór sądowy już rozpatrywał występki kolejnych nieszczęśników. Klapać, to ja umiem nawet całkiem zręcznie i siniaków przy tym nie czyniąc sobie, więc opadłem na cztery litery jako ten suchy liść w bezdrożu wiatrem położony i na swoją wieczność patrzyłem okiem czystym, miękkim i wcale pospiesznym. Wieczność przede mną rozkładała ramiona szeroko, bezkres głębszy ukazując, niż rozum ogarnąć zdoła. Pośpiech wydawał się tu nieobyczajny, nie na miejscu, jakiś taki wulgarny. Siedziałem suchym liściem klapnięty i patrzyłem na wieczne potępienie swoje bez lęku i najmniejszym protestem, skamleniem niegodnym nie pokalałem chwili. Ani jednej chwili nie pokalałem. I kiedy wreszcie miałem na dobre skamienieć, zastygnąć nieodwracalnie i skrystalizować w martwą naturę – wieczność się skończyła. Niespodziewanie.
- co tak siedzisz głupku! Kran kurwa napraw!