Ucieczka.

Dodano 9 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zgodnie z tradycją gdy trzeba wziąć odpowiedzialność to panowie :”do widzenia” i znajdują winnego ale najlepiej z dala od siebie. By było dziecko musiało być zbliżenie ale przez onet czy inne problemy dziecko nie zniknie chociaż pan panie tatusiu może i by tego by bardzo chciał a może jest jakaś inna i stąd ta ucieczka ? Kartonów nastawiane i poruszać się między nimi trudno ale może się uda zabrać na jakąś ciężarówkę w nieznane jadącą.

 

Tułaczka.

Dodano 9 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

palcem Onetu wskazane drzwi – bezzasadne wydaje się trwanie tu, więc czas ruszyć tabory, do tam, gdzie pozwolą stanąć obozem na trochę dłużej niż chwila.
gdyby zdarzyło się, że komuś brak, z dowolnie irracjonalnego powodu, treści rozpowszechnianych na tych stronach, to przyznam się, że poszedłem już stąd i na skrawku papieru kopiowym ołówkiem zostawiam nowy adres – zanim wiatr historii zmiecie go w niebyt, może zdążysz przeczytać, dokąd mnie poniosło wciąż absolutnie bezzasadnie.
a teraz już ręce w kieszeń i pogwizdując na wiatr – kłaniam się krótkiej historii na do widzenia

 

Mrzonka spocona bardzo.

Dodano 6 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Gdybym śnić potrafił, to wyśniłbym w sobie taki dzień, w którym nie mogę nic. Z łóżka wstać, ani łazienki odwiedzić o własnych siłach. Skowyczałbym w moim śnie, nie mogąc sobie poradzić z niczym – z zaadresowaniem koperty, ze zjedzeniem kromki chleba, czy ćwiarteczki jabłka litościwie pod nos podsuniętego życzliwą dłonią. Patrzyłbym i zamiast aniołów jasnolicych krążyłyby wokół demony fioletowe, czy bordowo-czarne, a wszystkie z kłami na wierzchu i głodne – czekające mnie – podanego na półmisku, w roślinach zdobnego, spoconego i drżącego niczym galaretka, z oczami i ustami otwartymi po kres możliwości i całkiem głupiego z tej niemocy totalnej. Patrzyłbym, jak mistrz ceremonii ostrzy o siebie dwa miecze, halabardy i tasaki, żeby mnie poćwiartować, a dyskretna piekielna orkiestra fałszowałaby „Odę do młodości”, albo coś jeszcze bardziej absurdalnego, a pośród tego zgiełku i jazgotu ja w buraczkach, wędzonych śliwkach, obłożony natką pietruszki, czy lubczykiem – kto wie, co demony lubią jako przyprawę do spoconego tatara, którego serce wciąż bije i to wciąż szybciej. Boję się, że z tego strachu fizjologia zbyt mocno natarłaby na mięśnie i nie utrzymałbym przyprawy, którą sam w sobie przyrządzam nieustająco i stałbym się potrawą w sosie własnym, a nie do końca dyskretny obłok metanu unosiłby się pod sufity niosąc wieść o mojej klęsce. Z wysokości takiego talerza bezwładność może wydawać się zaletą, można byłoby nafaszerować mnie jabłkami, albo posypać parmezanem i słodką papryką, wetknąć w nozdrza małe marchewki, czy miniaturowe kolby kukurydzy, a ja nie wierciłbym się nerwowo niszcząc ikebanę warzywnego przybrania, zanim w piekarnika czeluściach wszystko zwiędnie i wymieni się sokami nawzajem, jak biesiadnicy wigilijnym opłatkiem. W takim śnie osiwiałbym, zanim sól i pieprz, zanim nakłuty wykałaczką bukową zwilżyłbym wiśniową posoką dno naczynia, nim w myślach zdążyłbym pożegnać się z tymi, których znam, bądź tylko tak mi się zdaje. A potem nabrałbym w płuca ostatni chłodny łyk powietrza i zanurzony w ukropie ciemnym wybuchłbym pierwszym pęknięciem skórki – zupełnie tak samo, jak czynią to kiełbasy na rusztach letnich grilli. Ech! Zgroza i obrzydzenie, bo wiem, że to jabłko wyplułbym, choćby w zęby było wbite i w skardze i łzach żebrałbym o dzień, godzinę, a miecze błyskałyby iskrami odmierzając czas pozostały do pieczystego. Brytfanna i oliwa extra virgin pachnąca upalnym latem i wstająca pęcherzykami narastającej temperatury znacznie to lato przekraczającej. Kłapnięcie drzwiczek piekarnika jak cios rekina ludojada – nieodwołalny, ostateczny i wielki głód zaspokajający. Kęs, którym stałem się we śnie.
I wtedy krzyk – ostatni zrywający sen mój i wszystkiego, co żywe wokół. Krzyk zduszony sokami, nabrzmiały cierpieniem. A potem pobudka spoconego, rozdygotanego ciała, szybko i pobieżnie zbadanego własnymi dłońmi wciąż drżącymi z emocji i zimny pot i oddech nerwowy – uff… to tylko sen, zły sen w dobrym życiu. Tak można? Pewnie, że można – potwierdzam błyskawicznie, bo przecież lepiej się mokrym obudzić, niż martwo upiec się w piekarniku. I pomyśleć, że śnić nie potrafię, co uwalnia mnie od myśli, że tej nocy sen taki jak ten mógłby mi przyjść do głowy.

 

Panie autorze.

Dodano 6 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Na spotkaniu autorskim rozdziawione gęby i oczy zamglone wpatrujące się w autora w zachwycie . Ileż trzeba przekłamania by ten zachwyt brzmiał. Ileż. Pamiętam wieczór panieński, mój może a może nie mój wcale i wrzeszczące my i zarabiający oni. To tylko praca więc skąd ten zachwyt i oczy zamglone ? – Och panie autorze …to pana podnieca ?

 

Spacer epoksydowany od rana.

Dodano 5 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Taki dzień, kiedy już przyjdzie, to doskwiera mocno. Fizycznie doskwiera jak otwarta rana na spoconym ciele, że jątrzyć się zaczyna wokół wszystko i przeszkadza tak, że tylko kląć z pasją wielką i niepohamowaną. Dzień zarażony szarością lejącą się z nieba od wczoraj, a w tych popielach toną wszelkie radości i tylko chodniki skamleć zaczęły o zauważenie, a ja wcale ich oglądać nie chcę. Idę bezmyślnie, bezwzrocznie i bez celu, rozpryskując bure kleksy deszczu skupione wokół nierówności i takie skulone, jakby krople chciały się ugrzać o siebie w przytuleniu, w bliskości dzieląc się wszystkim, czym za życia nasiąkły. A ja idę na wskroś, na przekór i pomimo. Idę w poprzek nawet i oczu nie otwieram, a spod butów niczym spod samochodowych opon wytryskują mi gejzery mikre i siklawą spadają na oszczane tabunem psim okienka piwniczne, a na spodniach gromadzą się dowody, alibi świadczące o tym, że nogi wciąż niosą, choć dokąd nikt nie wie.
Idę, choć dzień taki, jakby urodził się staruszkiem i już poszarzały na twarzy, zmarszczony i … no tak… złośliwy staruch! Na przekór wszem i z nikim wobec. W twarz pluje kwaśnym deszczem, wiatrem niesie śmieci jesienne wprost do oka, a kałuże rozstawia na szachownicy miasta tak, by zaszkodzić maksymalnie dotkliwie. Wytrawny gracz, kto wie, jak długo trenował, żeby aż taką perfidią wykazać się, a przecież nie wiedział wcale, że dzisiaj ja będę na świecie, że wyjdę pograć z nim w klasy, chociaż już przez kominy wentylacyjne burczał, że szansy żadnej z nim nie mam i żyłki sportowej nie okaże, tylko mnie stłamsi i zdepcze bez cienia litości. A raczej udusi mnie tym cieniem nieskończonym, nieskomplikowanym, rozciągliwym w czasie i przestrzeni – zupełnie odwrotnie, jak zwykły zachowywać się problemy z fizyki przepisywane bez zrozumienia na kartkę w kratkę, żeby potem wahadło…
Teraz ja, jako owo wahadło rozpoczynam ruch i wspinam się na ten dzień, żeby opaść wieczorową porą najpierw w depresję, a potem w szczyt przeciwności – jakie wahadło, taki szczyt – zdechnę, lub zasnę. W najgorszym razie trawiony bezsennością usiądę na mokrej parkowej ławce, albo w dworcowym holu słuchał będę przepowiedni o światach, które daleko stąd, choć już za parę godzin być mogą moim światem kosztem tego, w którym właśnie idę. Drepczę mozolnie lecz bez pośpiechu, bo rozleniwia stalowo szara masa chmur i przytłacza, że nawet czarne ptaki trzymają się blisko ziemi, żeby nie potłuc sobie brzuszków, gdy południe skarci każden pośpiech nieprzystojny w tę pogodę. Tylko niedźwiedzie siedem razy głową kiwną przeżuwając ostatnie tłuste kęsy padliny i prześpią ten czas nieprzychylny i spać będą tak długo, aż słońce je w nos użądli i przyniesie aromat kwitnącej wiśni.
Idę – nie pytaj dokąd, po co, dlaczego, bo te wszystkie pytania skowyczą już na dnie mijanych kałuż, od których wezbrały jezdnie i kratki burzowej kanalizacji dławią się i oddechu złapać już nie mogą. Idę – po prostu. Po to, żeby mięśnie nie zanikły, żeby rozgrzać tę moją masę bezwładną, żeby nie myśleć i nie robić głupot. Najciszej jak potrafię, najintymniej, niczym szpieg powierzający cenną informację pośród wrogiego zagrożenia powiem ci jednak, że idę, aby poczuć, że jeszcze żyję. Gdyby mi nóg zabrakło i oczu… przepłakałbym taki dzień, całkiem jak on to właśnie czyni i rozsiałbym szarą zarazę na otoczenie, które miałoby nieszczęście trwać i istnieć w moim sąsiedztwie. Idąc nie zrobię tobie krzywdy. Zostając – być może tak…

 

Zlękniony własną sławą.

Dodano 4 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Dzisiaj jestem z siebie bardzo dumny. Nie sądziłem, że aż tak można, ale przecież sama posłuchaj – napisały do mnie list ze cztery banki i każdy chce ze mną, dla mnie i prosi o opinię, jak mógłby mi świat rozścielić u stóp, albo i coś więcej niż świat. Producenci samochodów ustawili się w kolejce jeszcze dłuższej, a każdy prześciga się w oszczędnościach i ustępstwach, na które pójdzie, żebym tylko był łaskaw posadzić cztery litery w oferowanym luksusie. Od tego czytania, to już chciałem krzyknąć w twoją stronę, żebyś mi kawy zaparzyła i jakieś ciasteczka… może herbatniki chociaż, a ja nogę na nogę, w papuciach, ale bardzo dumnie i tylko nie wiem skąd mam cygaro wziąć, żeby być całkiem akuratnym i adekwatnym – jakiś koniaczek? W szlafroku? Na allegro mam zamówić, czy zadzwonić aby sklep dostarczył? Ech – galimatias we łbie rośnie, bo biura podróży dołączyły do tej rozpasanej porannej histerii i świat otwiera się przede mną i rozchyla uda szerzej niż wysportowana dziwka (przepraszam – trenerka). A ja siedzę i grymaszę, dostrzegam wady i perfidnie pomijam milczeniem promocje, jakby niegodne mnie były. Zaraz za ofertą podróży, drugi kraniec możliwości – mieszkania na własność, żeby osiąść i mieć dokąd wracać z tych wojaży egzotycznych. Nad rzeką, albo w górach, albo nikt już nie wie gdzie, poza tym, że osiedle mieni się poetycką nazwą tak bardzo, że chyba sami artyści tam mieszkać będą – taki zaściankowy Montmartre, który zestarzeje się godnie szybciej ode mnie, żeby nie kłuć mnie w oczy świeżością, tylko wielowiekową historią będzie mnie pieścić o poranku, kiedy na rogu ulicy usiądę w piżamie przy gorącej kawie, a na jezdni sztalugi rozłoży renesansowy, czy barokowy malarz w podartych spodniach i poplamionej koszuli – cóż mam powiedzieć? Że nie chcę patrzeć, jak smarki wyciera palcami i na udach rozciera pośród kleksów olejnych, czy akrylowych farb w odcieniach, które zawstydzić mogłyby tęczę? Oddycham już nieco zbyt ciężko, a wtedy do szturmu na moją uwagę ruszają aptekarze z cudownościami – w sprayu i pastylkach – mogę być ogierem rozpłodowym, albo maratończykiem, podnieść lub zbić ciśnienie, zmienić płeć, lub tylko rozmiar, bo za aptekarzami już się na mnie czają chirurdzy… o ja biedny – trzeba było już się umówić z dyrektorem, albo prezesem banku, a nie teraz wywabiać stare tatuaże, albo szramy na policzkach wygładzać i szczepić włos na skołowanej głowie. No i wykrakałem – windykować długi, albo niewierną śledzić żonę, piętnować publicznie w rejestrach, albo samemu się wybielać – dbać o wizerunek, albo fotoszopem upiększyć – kilogramy własne dodać lub odjąć po kryjomu, żeby zawiść w sąsiedzie wzbudzić, albo na pokuszenie powieść całą klasę w szkole odzieżowej. I wszyscy chcą te cudowności tylko ze mną – jakbym był objawieniem, albo Marlonem Brando, czy taką piersiastą piosenkarką, która co nie dośpiewa, to pokaże, żeby miękkim obrazem zatuszować niedobory wokalne.
Zawstydziłem się, bo nie sądziłem, że aż tak sławny będę, a ja nawet nieogolony i zębów jeszcze umyć nie zdążyłem (nie… błagam – niech dentyści pozwolą mi to zrobić tą pastą, którą mam i tą samą, co wczoraj szczoteczką… bo szpital psychiatryczny będzie jedynym wyborem nim południe mnie oświeci). Wyłączam pocztę, nawet się nie wylogowuję, tylko uciekam od tego zbiorowego szaleństwa w spokój codziennej, beztroskiej anonimowości. Czym zasłużyłem sobie? We śnie musiało się zdarzyć coś, czego teraz nie pamiętam. Miał rację Dali mówiąc: „kiedy rozum zasypia, wyobraźnia rodzi potwory”…

 

Odpowiem, skoro tego chcesz.

Dodano 3 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Pytasz dlaczego i przed czym… Uśmiecham się dyskretnie, bo odpowiedź całkiem prosta jest przecież. Uciekam od zgiełku. Od harmidru i pobieżności, od pozornych problemów i nierealnych wymagań. Od całej cywilizacji, polityki, ekonomii, od królów życia i cyfrowej klatki. Znikam tam, gdzie oknem staje się ściana lasu, gdzie kołdra powleczona jest całkiem mi nieznanymi gwiazdozbiorami, a problemy zbliżają się do żywiołów – mokre buty, wiatr burczący pod koszulą i zimne dłonie, które usiłują zarazić ogniem jakąś garść patyków, żeby czymś ciepłym delektować się, zanim mrok przytuli się bezwstydnie i zacznie namawiać na wspólną noc pod gwiazdami. Gdzie kusi do północy obietnicą poranka, w którym słońce zaczyna nadawać kolory przedmiotom – co dzień te same, ale spektakl pieczołowicie powielany, różniący się detalem, bo w końcu co dzień inny pejzaż wstaje, co dzień inny świat odtwarza dzień, bo pamięta, że wczoraj wiatr ukąsił sosnę, a kret podkopał kamień, na którym usiłowała wyrosnąć czarna jagoda, a teraz łka tracąc resztki wilgoci. Krzak jałowca dyskretnie upuszcza kłujące igły pod własne nogi, żeby nie chciały tam wyrosnąć konwalie o trujących jagodach, a dziewięćsiły rozpleniają się kolistą rozetą pomiędzy trawami wystarczająco cicho, żeby ich sarny nie podsłuchały. Idę tam, gdzie szczyt zasłania widnokrąg i liczę skrupulatnie siły, czy dam radę sam sobie ów widok odsłonić, wchodząc wyżej niż najbardziej ciekawska wrona wlazłaby, żeby podglądać okolicę. Mgły, deszcze, śniegi, wiatr, słońce i przyroda – niepojęte bogactwo bezwzględnych i nieskończonych doznań. Można poczuć się okruchem tak mizernym, krótkotrwałym i nieistotnym, że aż usta z zachwytu otwiera, że to możliwe.
Pytasz po co idę, po co pocę się, wspinając kości powyżej poziomu drzew, po kamienistej ścieżce, która jesienią staje się korytem strumienia, a wiosną paśnikiem dla młodych kozic. Pytasz i w twoich oczach niezrozumienie walczy z ironią. Że głupota, absurd. Zrezygnować z wygody na rzecz twardej, mokrej ziemi, która uciśnie szyszką, patykiem, kamieniem niezauważonym, gdy śpiwór kładę na noc pośród drzew, na których owadzi drobiazg już ostrzy swoje narzędzia, żeby uszczknąć mnie odrobinę, krwi utoczyć i żyć. A mogłem bezpiecznie i beztrosko pośród piernatów trwać i pachnieć i pizzę na telefon, gdy palce na pilocie kanały zmieniają, a klawiatury rozliczne tylko proszą się o wybór opcji realizowanej kartą kredytową, więc znów nierealnie, bezosobowo i sterylnie. A ja chcę ubrudzić dłonie i poczuć na nich komarzą żądzę. Chcę skórę spierzchnąć słońcem i wodą zimną nad wszelkie wyobrażenie skaleczyć szkliwo na zębach, pijąc wprost ze strumienia szemrzącego wesołą polkę gdzieś tam, gdzie nigdy nie będziesz.
Pytasz po co, więc odpowiem – idę, by wrócić. Żeby ci opowiedzieć. Żebyś oczy szeroko rozwarła i posłuchała o tym prawdziwym życiu, którego nie znasz wcale siedząc w głębokim fotelu i pstrykając klawiszami. Idę, żeby mieć w zanadrzu opowieść zupełnie obcą, jak jakiś starożytny trubadur, jak cygan, który poszedł za wiatrem dalej, niż wyobraźnia pisarzy sięgnęła i wrócił żeby mieć co opowiadać siedzącej mu na kolanach drobnicy, albo towarzyszom, kiedy strugając łyżkę dożywotnią przy ognisku taboru pogrążą się w melancholii jesiennej, a żar falami nieść będzie pomarańczowo-żółte tęsknoty. Idę, by wrócić i zamienić wspomnienia własne na twoje tęsknoty.

 

Veto!

Dodano 2 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Nie. Nie odpowiem, bo mam uraz. Mów, co chcesz, wyklnij mnie od cyników, od bezdusznych skurwysynów, ale nie – nie odpowiem, bo nie po to przyszedłem, żeby spełniać twoje zachcianki. Nie. Całkiem nie po to przyszedłem. I nie zamierzam. To twój problem i nie będę w szranki stawać z twoim rozumieniem świata i definicjami, które po prostu wydają mi się mdłe, nieprawdziwe i tobą zbyt mocno podkreślone – kłamliwie, jak cała ty. Chcesz, to zignoruj mnie, skasuj, udawaj – to i tak nadmiar łaski – trudno rozmawiać z kimś, kto na szali argumentów kładzie życie (o zgrozo!) własne – bo można być bezdusznym i poświęcić plon, dla dobra partii, ale poświęcić siebie nadaremno? Absurd wołający o natychmiastową reakcję, żeby zdławić zarazę w zalążku – już dzisiaj, zanim mocy nabierze i utopi kolejną Atlantydę swoją perwersyjną miłością i egocentryczną, monoteistyczną i całkiem nie uwzględniającą interesów osób trzecich (jak słusznie zauważa prawo) wiarą – jesteś TY i tylko TY – dla ciebie hierarchia stworzona i przez ciebie wyznawana – jest ktoś jeszcze, kto gotów jest przyklasnąć? Schylić głowę nad peanem autokratycznie głoszoną w myśl zasad, że kłamstwo odtrąbione wielokrotnie wreszcie zacznie świecić żywym blaskiem? Żyj beze mnie, bo ja nie potrafię wystarczająco głośno śpiewać psalmów, nie umiem klęczeć, ani bałwochwalić – szukaj w innych azymutach wyznawców żarliwych, albo bezmyślnych – u mnie spaliłaś się już teraz. Nie pozwolę, na ile tylko sił mi wystarczy, żebyś ciągnęła tę szopkę, żebyś grała role na scenie teatru, który spalony został zanim się urodziłaś – chcesz rozmawiać ze mną? Szczerze? Bez kibiców, sędziów i postronnych, którzy szukają sensacji, bo własnym życiem już nie potrafią się zachwycić, ani innym uczuciem oszołomić, więc patrzą – na ciebie i na mnie. Liczą, że wspólnie zrobimy coś, co pozwoli im zaistnieć błyskotliwą ripostą, szczególnie celnym ciosem bykowca – złudne nadzieje – nie będę polemizował publicznie i nie dam odpalić olimpijskiego znicza od moich emocji – jeśli na to liczysz, przewrócę króla na szachownicy dobrowolnie. Poddam partię wygraną tylko po to, żebyś starła z własnej gęby pyszałka – żebyś przestała mniemać i uzurpować sobie prawo do moich myśli i chceń – nie jesteś godna, nie wygrzebałem w sobie wystarczająco dużo wiary, żeby położyć świat u twoich stóp i bezkrytycznie uznać rację twojego ego jako ostateczną religię. Ktoś jest za mały na to – ja, albo ty. Nieważne – i tak nie pozwolę.

 

Dokąd.

Dodano 2 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Sroki przepatrują teren w którym kot z lenistwa stoi pod drzwiami i czeka na datek. Sroka nieruchoma. Udaje innego, tam sobie myślę patrząc. Myślę. Spokojnie , bez namiętności koloryzując swoje słowa , pozwalam im , często przypadkowo, się poukładać w przegródkach mojej świadomości bo nie jestem , namaszczona, słowo mnóstwem. Raczej słowo ubóstwem. Zwyczajowo w tym momencie winnam , odnieść się do ciebie ale niech dziś będzie dziś, bez wpływu i bez namazanego wpływu. Na druciku przed oknem powiesiłam słoninę a do tego kolorowe lampki by ptaszkom było weselej i z mojego postrzegania pewnie tak jest a z ich. Pewnie wcale nie postrzegają czy lampki są czy ich nie ma. Może w kategoriach zagrożenia jakiegoś ale jakim może być zagrożenie w postaci mnie, tyjącej w tempie ,lub ciebie który traktujesz wszystkie stworzenia , łącznie z ludźmi, instrumentalnie. Ja czuję się tak traktowana patrząc w okno za którym powoli, bardzo powoli zsuwają zasłony mroku i pojawiają się nowe postaci, nowe kształty, nowy dzień się pojawia przeciągając ramiona. Dwa bloki dalej, w oknie na samej górze , o podobnych porach pojawia się podobna do mnie kobieta. Podobna przez stan ale nie przez otoczenie. Z nią pojawia się malutki chłopczyk i codziennie rano tuli się do brzuszka i codziennie jak gdyby nabierał z niej siły na cały nowy dzień. Nie mają zasłon. Nie maja tez wiele ,jak podglądam ale ja nie mam tego chociaż na koncie posiadam dość pieniędzy . Zatrzymują się naprzeciw siebie, potem do siebie zbliżają a potem tulą. To maleństwo do maleństwa i ona… Dzisiaj robili razem ciastka i mąką się rzucali i śmiali i czasem znikali na dłużej. Znikali i byłam ciekawa dokąd, w jakim miejscu swojego mieszkania mają dość miejsca by zniknąć nagle na długo ale nie wiem. Nie dostrzegłam. Kiedyś może zobaczę. Wczoraj przelano mi na konto nowe środki, dostałam informacje i rozpłakałam się. Było mi wstyd.

 

Nieporozumienie.

Dodano 1 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Próbowałem stanąć życiu kością w gardle, zanim ono mi to zrobi. Stanąłem – może nawet okrakiem i w poprzek, ale to za mało, bo życie mnie zignorowało, puściło bokiem, kantem, zrobiło mnie w trąbę jerychońską i wypluło na pobocze – taki śmietnik historii, której pamiętać nie zechce żadna encyklopedia, ani opowieść jesienno-kominkowa. Zostałem sam, wypluty, przeżuty i zgryźliwy w uliczce, która wcale nie zachęcała do zwiedzania, a tylko do ucieczki. Tylko dokąd, skoro wyjście jedyne pokazuje znak „przeszłość”, a z drugiej strony ślepa uliczka zakończona świeżo obsikanym przez psy murem, z żółtą, wstającą z kolan sylwetką mokrego, śmierdzącego demona.
Rozglądam się po tym zaułku a po obu stronach drzwi, balkoniki, okienka z pelargoniami, albo stygnącym w garnku gulaszem. Wszystkie zamknięte, jakby to jakaś zima była, albo złe nadejść miało uliczką… Czyżbym to był ja? Mnie spodziewali się tubylcy i przede mną pozamykali nawet lufciki i teraz duszą się za tymi firankami, falbankami zasłon i w zatęchłym powietrzu zużywają własny strach, pocąc się i strzelając oczami od drzwi do okien i uszami strzygą, czy to już, czy ich własnym moim wyborem ukamienować zechcę, albo wypruć im żyły…
Ale ja wcale nie chcę., Nie po to przyszedłem tu, żeby krzywdę robić, tylko szukam. Coś mnie postawiło na tej drodze i samotnie stoję, równie jak ci zamknięci pośród własnych okiennic i też trwożliwie spoglądam w najbliższą przyszłość. Szukam dłoni, która pasuje do mojej i kroków, które uzupełnią moje. Mogę tańczyć i maszerować, mogę truchtem świat przemierzać, albo stępa spacerować i liczyć zasłonki w niebieskie kropki, czy w zielone pasikoniki, żeby z tego liczenia wywróżyć, czy kurz podniesie się aż do ud, czy tylko do kolan, kiedy wiatr zawita w ten nieskomplikowany układ architektoniczny.
Nie chciałem wcale być apokalipsą. nie chciałem bogiem zemsty. Ja… szukam człowieka. Dla mnie. Żebym mógł mu się oddać całkiem i pójść z nim tam, gdzie wolno iść dwuznacznie, podwójnie, składając wzajem swój los w cudzej dłoni. Szukam człowieka do milczenia, by wieczorami, w drżącym płomieniu wspomnieć dobrym słowem dzień kolejny. Albo nawet opowiedzieć go tym, co schowali się za firankami, jeśli zechcą nas poczęstować gulaszem.