Tup tup tup

Dodano 8 lutego 2018, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Tup tup tup
Tup tup tup
Tup tup tup
Nie da się w ciąży chodzić na szpilach. Się chce. Chce się nimi dowartościować ale już się nie da. Nie dlatego ,że nie umiem , bo umiem ale wzrasta ryzyko a nie mogę ryzykować bezmyślnie nie za siebie. Może kiedyś maluszku dasz mi pozwolenie ale tymczasem drzesz się i kopiesz nie do końca zrozumiale.

 

Banał.

Dodano 3 lutego 2018, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Banalnym, banalną ciszą zostałam otulona. Banalna nieobecnością. Banalnym niestawiennictwem. Przyszedł inkasent . Muszę zapłacić za prąd. Przyszedł inny ktoś, zapisał. -przyjdzie rachunek, powiedział. Wielu przyszło z oczekiwaniami ale nikt nie przyszedł z pomocą. Banał. Taki najzwyklejszy w świecie banał. Przypomniałam sobie ,że przecież ty też tak jakoś sobie poszedłeś. Powiedzieli ,że statek utonie i uciekłeś jak szczur. Nic nie szkodzi, ludzie tak mają,że nie potrafią powiedzieć , nie potrafią zrobić co wypada. Nie jestem lepsza ale jestem inna. Zupełnie inna i chociaż strasznie banalne są obrazy o przestających oddychać…przepraszam, marudzę a to ani czas ani miejsce. Dzisiaj w sklepie spotkałam pana pewnego . Pana starszego o wiele i wolniejszego o wiele ode mnie ale zapytał czy mu pomogę bo zawsze z żoną do teatru chodził a teraz żona mu umarła a ma wcześniej kupione bilety. Pójdę, oczywiście ,że pójdę odpowiedziałam starszemu panu. Oczywiście że pójdę i może raz poczuję się jak żona. Jak to jest być żoną.

 

Okardziona,

Dodano 28 stycznia 2018, w Bez kategorii, przez bezzasadny

się czuję w pustym mieszkaniu które miało być domem. Okradziona z marzeń, złudzeń może, pragnień nawet. Ze wszystkiego okradziona się czuję i boje się ,że okradziona jestem ale nie mam żalu bo nauczyłam się żalu nie mieć. Nie mam żal bo nauczyłam się nie wzbudzać w sobie uczuć , które zbyt ciężkimi by móc z nimi na ramionach swobodnie iść. Nauczyłam się a może ktoś mnie nauczył. Przez okno widzę złodziei , którzy niosą co moje. Głośno rozprawiają i cieszą się na zdobycz wielką. Dziękuję, panowie złodzieje, dziękuję że wynieśliście moje , z mojego i zaniesiecie do świata bo ja już nie miałam ochoty na tak wielki wysiłek.

 

Mały człowiek.

Dodano 15 stycznia 2018, w Bez kategorii, przez bezzasadny

I widziałam jak mały czerwony człowiek , schowany za tłumami wielkimi wygrażał człowiekowi z małym dzieckiem idącemu. I widziałam jak tłum ujadał na ojca z synem i matką choć ona może mniej ostra na tym zdjęciu. I widziałam jak tłum krzyczał:” ukrzyżować go , ukrzyżować a mały czerwony człowiek liczył srebrniki.

 

Biec?

Dodano 4 stycznia 2018, w Bez kategorii, przez bezzasadny

, mi karzesz za sobą a ja już od dawna oddechu złapać nie mogłam i od dawna przecież nie siebie jedynie ale ono we mnie , potrzebujące ciszy ,spokoju, delikatności, miłości. Tym razem juz nie pobiegnę za tobą, muszę i zostanę bez względu co się stanie, stać może, stanie na pewno. To nie ma żadnego znaczenia bo jutro nie istnieje, wczoraj nie istnieje. Jest tylko tu i teraz w tym jedynym i niepowtarzalnym momencie. Nie ma sensu i nie mam ochoty kłamać przed światem, przed sobą ,że jest inaczej. Zdam się na …

 

Ucieczka.

Dodano 9 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Zgodnie z tradycją gdy trzeba wziąć odpowiedzialność to panowie :”do widzenia” i znajdują winnego ale najlepiej z dala od siebie. By było dziecko musiało być zbliżenie ale przez onet czy inne problemy dziecko nie zniknie chociaż pan panie tatusiu może i by tego by bardzo chciał a może jest jakaś inna i stąd ta ucieczka ? Kartonów nastawiane i poruszać się między nimi trudno ale może się uda zabrać na jakąś ciężarówkę w nieznane jadącą.

 

Tułaczka.

Dodano 9 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

palcem Onetu wskazane drzwi – bezzasadne wydaje się trwanie tu, więc czas ruszyć tabory, do tam, gdzie pozwolą stanąć obozem na trochę dłużej niż chwila.
gdyby zdarzyło się, że komuś brak, z dowolnie irracjonalnego powodu, treści rozpowszechnianych na tych stronach, to przyznam się, że poszedłem już stąd i na skrawku papieru kopiowym ołówkiem zostawiam nowy adres – zanim wiatr historii zmiecie go w niebyt, może zdążysz przeczytać, dokąd mnie poniosło wciąż absolutnie bezzasadnie.
a teraz już ręce w kieszeń i pogwizdując na wiatr – kłaniam się krótkiej historii na do widzenia

 

Mrzonka spocona bardzo.

Dodano 6 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Gdybym śnić potrafił, to wyśniłbym w sobie taki dzień, w którym nie mogę nic. Z łóżka wstać, ani łazienki odwiedzić o własnych siłach. Skowyczałbym w moim śnie, nie mogąc sobie poradzić z niczym – z zaadresowaniem koperty, ze zjedzeniem kromki chleba, czy ćwiarteczki jabłka litościwie pod nos podsuniętego życzliwą dłonią. Patrzyłbym i zamiast aniołów jasnolicych krążyłyby wokół demony fioletowe, czy bordowo-czarne, a wszystkie z kłami na wierzchu i głodne – czekające mnie – podanego na półmisku, w roślinach zdobnego, spoconego i drżącego niczym galaretka, z oczami i ustami otwartymi po kres możliwości i całkiem głupiego z tej niemocy totalnej. Patrzyłbym, jak mistrz ceremonii ostrzy o siebie dwa miecze, halabardy i tasaki, żeby mnie poćwiartować, a dyskretna piekielna orkiestra fałszowałaby „Odę do młodości”, albo coś jeszcze bardziej absurdalnego, a pośród tego zgiełku i jazgotu ja w buraczkach, wędzonych śliwkach, obłożony natką pietruszki, czy lubczykiem – kto wie, co demony lubią jako przyprawę do spoconego tatara, którego serce wciąż bije i to wciąż szybciej. Boję się, że z tego strachu fizjologia zbyt mocno natarłaby na mięśnie i nie utrzymałbym przyprawy, którą sam w sobie przyrządzam nieustająco i stałbym się potrawą w sosie własnym, a nie do końca dyskretny obłok metanu unosiłby się pod sufity niosąc wieść o mojej klęsce. Z wysokości takiego talerza bezwładność może wydawać się zaletą, można byłoby nafaszerować mnie jabłkami, albo posypać parmezanem i słodką papryką, wetknąć w nozdrza małe marchewki, czy miniaturowe kolby kukurydzy, a ja nie wierciłbym się nerwowo niszcząc ikebanę warzywnego przybrania, zanim w piekarnika czeluściach wszystko zwiędnie i wymieni się sokami nawzajem, jak biesiadnicy wigilijnym opłatkiem. W takim śnie osiwiałbym, zanim sól i pieprz, zanim nakłuty wykałaczką bukową zwilżyłbym wiśniową posoką dno naczynia, nim w myślach zdążyłbym pożegnać się z tymi, których znam, bądź tylko tak mi się zdaje. A potem nabrałbym w płuca ostatni chłodny łyk powietrza i zanurzony w ukropie ciemnym wybuchłbym pierwszym pęknięciem skórki – zupełnie tak samo, jak czynią to kiełbasy na rusztach letnich grilli. Ech! Zgroza i obrzydzenie, bo wiem, że to jabłko wyplułbym, choćby w zęby było wbite i w skardze i łzach żebrałbym o dzień, godzinę, a miecze błyskałyby iskrami odmierzając czas pozostały do pieczystego. Brytfanna i oliwa extra virgin pachnąca upalnym latem i wstająca pęcherzykami narastającej temperatury znacznie to lato przekraczającej. Kłapnięcie drzwiczek piekarnika jak cios rekina ludojada – nieodwołalny, ostateczny i wielki głód zaspokajający. Kęs, którym stałem się we śnie.
I wtedy krzyk – ostatni zrywający sen mój i wszystkiego, co żywe wokół. Krzyk zduszony sokami, nabrzmiały cierpieniem. A potem pobudka spoconego, rozdygotanego ciała, szybko i pobieżnie zbadanego własnymi dłońmi wciąż drżącymi z emocji i zimny pot i oddech nerwowy – uff… to tylko sen, zły sen w dobrym życiu. Tak można? Pewnie, że można – potwierdzam błyskawicznie, bo przecież lepiej się mokrym obudzić, niż martwo upiec się w piekarniku. I pomyśleć, że śnić nie potrafię, co uwalnia mnie od myśli, że tej nocy sen taki jak ten mógłby mi przyjść do głowy.

 

Panie autorze.

Dodano 6 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Na spotkaniu autorskim rozdziawione gęby i oczy zamglone wpatrujące się w autora w zachwycie . Ileż trzeba przekłamania by ten zachwyt brzmiał. Ileż. Pamiętam wieczór panieński, mój może a może nie mój wcale i wrzeszczące my i zarabiający oni. To tylko praca więc skąd ten zachwyt i oczy zamglone ? – Och panie autorze …to pana podnieca ?

 

Spacer epoksydowany od rana.

Dodano 5 grudnia 2017, w Bez kategorii, przez bezzasadny

Taki dzień, kiedy już przyjdzie, to doskwiera mocno. Fizycznie doskwiera jak otwarta rana na spoconym ciele, że jątrzyć się zaczyna wokół wszystko i przeszkadza tak, że tylko kląć z pasją wielką i niepohamowaną. Dzień zarażony szarością lejącą się z nieba od wczoraj, a w tych popielach toną wszelkie radości i tylko chodniki skamleć zaczęły o zauważenie, a ja wcale ich oglądać nie chcę. Idę bezmyślnie, bezwzrocznie i bez celu, rozpryskując bure kleksy deszczu skupione wokół nierówności i takie skulone, jakby krople chciały się ugrzać o siebie w przytuleniu, w bliskości dzieląc się wszystkim, czym za życia nasiąkły. A ja idę na wskroś, na przekór i pomimo. Idę w poprzek nawet i oczu nie otwieram, a spod butów niczym spod samochodowych opon wytryskują mi gejzery mikre i siklawą spadają na oszczane tabunem psim okienka piwniczne, a na spodniach gromadzą się dowody, alibi świadczące o tym, że nogi wciąż niosą, choć dokąd nikt nie wie.
Idę, choć dzień taki, jakby urodził się staruszkiem i już poszarzały na twarzy, zmarszczony i … no tak… złośliwy staruch! Na przekór wszem i z nikim wobec. W twarz pluje kwaśnym deszczem, wiatrem niesie śmieci jesienne wprost do oka, a kałuże rozstawia na szachownicy miasta tak, by zaszkodzić maksymalnie dotkliwie. Wytrawny gracz, kto wie, jak długo trenował, żeby aż taką perfidią wykazać się, a przecież nie wiedział wcale, że dzisiaj ja będę na świecie, że wyjdę pograć z nim w klasy, chociaż już przez kominy wentylacyjne burczał, że szansy żadnej z nim nie mam i żyłki sportowej nie okaże, tylko mnie stłamsi i zdepcze bez cienia litości. A raczej udusi mnie tym cieniem nieskończonym, nieskomplikowanym, rozciągliwym w czasie i przestrzeni – zupełnie odwrotnie, jak zwykły zachowywać się problemy z fizyki przepisywane bez zrozumienia na kartkę w kratkę, żeby potem wahadło…
Teraz ja, jako owo wahadło rozpoczynam ruch i wspinam się na ten dzień, żeby opaść wieczorową porą najpierw w depresję, a potem w szczyt przeciwności – jakie wahadło, taki szczyt – zdechnę, lub zasnę. W najgorszym razie trawiony bezsennością usiądę na mokrej parkowej ławce, albo w dworcowym holu słuchał będę przepowiedni o światach, które daleko stąd, choć już za parę godzin być mogą moim światem kosztem tego, w którym właśnie idę. Drepczę mozolnie lecz bez pośpiechu, bo rozleniwia stalowo szara masa chmur i przytłacza, że nawet czarne ptaki trzymają się blisko ziemi, żeby nie potłuc sobie brzuszków, gdy południe skarci każden pośpiech nieprzystojny w tę pogodę. Tylko niedźwiedzie siedem razy głową kiwną przeżuwając ostatnie tłuste kęsy padliny i prześpią ten czas nieprzychylny i spać będą tak długo, aż słońce je w nos użądli i przyniesie aromat kwitnącej wiśni.
Idę – nie pytaj dokąd, po co, dlaczego, bo te wszystkie pytania skowyczą już na dnie mijanych kałuż, od których wezbrały jezdnie i kratki burzowej kanalizacji dławią się i oddechu złapać już nie mogą. Idę – po prostu. Po to, żeby mięśnie nie zanikły, żeby rozgrzać tę moją masę bezwładną, żeby nie myśleć i nie robić głupot. Najciszej jak potrafię, najintymniej, niczym szpieg powierzający cenną informację pośród wrogiego zagrożenia powiem ci jednak, że idę, aby poczuć, że jeszcze żyję. Gdyby mi nóg zabrakło i oczu… przepłakałbym taki dzień, całkiem jak on to właśnie czyni i rozsiałbym szarą zarazę na otoczenie, które miałoby nieszczęście trwać i istnieć w moim sąsiedztwie. Idąc nie zrobię tobie krzywdy. Zostając – być może tak…